Rozdział 4
Ostatnio czytałam parę naprawdę ciekawych blogów o tematyce podobnej do mojego i zauważyłam, że w porównaniu do rozdziałów tamtych dziewczyn, moje rozdziały są po prostu krótkie. (Nie ma to jak, trzy razy w jednym zdaniu użyć słowa "rozdział".) Stwierdziłam, że spróbuję pisać troszkę dłuższe rozdziały. Będę naprawdę wdzięczna za wszystkie komentarze i uwagi, ponieważ zależy mi na tym, żeby mój styl się rozwijał.
Ale już chyba za długo nudzę, przechodzimy do rozdziału! (Zna ktoś jakieś synonimy słowa "rozdział"? Bo mam wrażenie, że strasznie je nadużywam.)
Rozdział 4.
Śniło mi się, że znalazłem się w sali tronowej Olimpu. Wszytko wyglądało jak zawsze, dwanaście tronów ułożonych w literę V, każdy przypisany do innego boga, marmurowa posadzka, piękne greckie kolumny i wszechobecna jasność, jakby słońce świeciło ze wszystkich stron naraz. Właśnie tak opisywali mi to miejsce starsi obozowicze, w tym Tomas, bo oni jeździli tutaj oglądać obrady bogów podczas zimowego przesilenia.
Najpierw pomyślałem, że może mój tato mnie tu sprowadził, żeby wyjaśnić dlaczego mnie nie uznał. (Osobiście jestem za wersją, że miał bardzo ważny powód, a nie że po prostu zapomniał.) Potem przyszło mi do głowy, że pewnie zostałem tu sprowadzony, żeby poznać tożsamość bogini spętanej. Od razu zacząłem się rozglądać za sam nie wiem czym, może jakimiś plakatami z boginią i napisem "ZAGINIONA"? Niestety żadnych tu nie było.
Dopiero po chwili zauważyłem, że jeden z tronów nie jest pusty. Na tronie u samego szczytu litery V, siedział krzepki bóg z czarną brodą i niesamowicie błękitnymi oczami. Tuż obok niego stało trzymadełko na długie, rażące w oczy paliki. "Pioruny", uświadomiłem sobie. Siedział przede mną Zeus, Pan Nieba, Fachowiec od Rażenia Piorunami i Podrywania Niewinnych Dziewczyn. Przez moment przyszło mi do głowy, żeby się ukłonić, ale miałem wrażenie, że on i tak tego nie zobaczy.
Podparł głowę tak, jak by cierpiał na migrenę i westchnął ciężko. Przez salę przeszło wyładowanie elektryczne.
- Ganimedesie! - zawołał. Do sali wszedł średniego wzrostu łysy człowieczek w ubraniu kelnera, trzymający tacę z napojami. Na plakietce miał napisane po grecku "Ganimedes. Podczaszy Olimpu".
- Tak panie? - spytał służalczym tonem.
- Gdzie jest Elpis? Albo Hebe? Boli mnie głowa i naszły mnie jakieś czarne myśli. Potrzebuję ładnej boginki do towarzystwa - odparł Pan Nieba. Skojarzył mi się z rozpieszczonym synkiem cioci Lidsey, a to naprawdę dobrze o nim nie świadczy.
Ganimedes wyjął z kieszeni notes, nadal na jednej ręce trzymając tacę z napojami, i przerzucił kilka kartek.
- No cóż mój panie, Elpis aktualnie tu nie ma, od dłuższego czasu się nie pojawiała, a Hebe poleciała gdzieś z Aresem - oznajmił - Ale mogę nalać ci panie nektaru, tego na ból głowy.
- Chętnie, chętnie - mruknął Zeus.
- Witaj panie - rozległ się kobiecy głos. Pan Nieba aż podskoczył na swoim tronie. Zobaczyłem, że pochodził od pięknej, czarnowłosej kobiety w długiej sukni z motywem sów.
- Na śmierdzący oddech Tyfona, nie strasz Ateno! Myślałem, że to Hera!
- Ciekawe przekleństwo, mój panie. Wybacz mi nagłe najście - powiedziała spokojnie bogini mądrości - Od kiedy boisz się własnej żony, ojcze?
Zeus spiorunował ją wzrokiem. Rozumiałem jego strach. Jeśli wszystkie opowieści o Herze są prawdziwe, to ta byłaby strasznie wściekła, gdyby ujrzała swojego męża, choćby mówiącego o innych boginiach.
- Niechcący podsłuchałam waszą rozmowę - kontynuowała Atena, roztropnie zapominając o tym, że Zeus nie udzielił odpowiedzi na jej ostatnie pytanie - I chciałam zapytać...
- Nie nakablujesz Herze, co nie? - spytał Pan Nieba. Coraz bardziej przypominał mi synka cioci Lidsey, gdy ten podkradał słodycze z lodówki i groził mi, że jeśli coś powiem cioci, to spotka mnie coś bardzo nieprzyjemnego (nie będę cytował, co dokładnie powiedział i powinniście mi być za to wdzięczni).
- Nie. Ale chciałam zapytać Ganimedesa, od kiedy dokładnie Elpis nie pojawiała się w pałacu.Podczaszy przewrócił kilka kartek w swoim notesie.
- Od... od tego piątku pani - odparł - Od tej waszej imprezy - słowo "impreza" powiedział z najwyższą pogardą, co w sumie mnie nie dziwiło. Imprezy Olimpijczyków musiały się wiązać z ogromną ilością napojów i, tym samym, olbrzymim nakładem pracy podczaszego.
- Tak jak myślałam - Atena nachmurzyła się - Panie Zeusie, obawiam się, że Elpis została...I, w tym najciekawszym momencie cały obraz rozmył mi się przed oczami. Chwilę później byłem w kompletnie innym miejscu. Stałem przed pięknym murowanym domem, tuż koło urokliwej ulicy z licznymi fontannami.
Przede mną stała dziewczyna w stroju rzymskiego legionisty, po czym wywnioskowałem, że musimy się znajdować w Obozie Jupiter. Jednak, może byłem w jakiejś siedzibie olbrzymów, bo dziewczyna znacznie górowała nade mną wzrostem. Sięgałem jej do trzech czwartych łydki.
Wyczułem, że dziewczyna się boi. Zamerdałem ogonem, żeby ją pocieszyć. Zaraz, zamerdałem ogonem? Spojrzałem na miejsce, gdzie powinny się znajdować moje stopy i dłonie, ale zobaczyłem dwie pary psich łapek w kolorze biszkoptowym. Byłem psem!
- Spokojnie Cookie - powiedziała dziewczyna i odwróciła się do mnie. Miała długie czarne włosy i oczy koloru burzowych chmur. Dopiero po chwili rozpoznałem w niej Summer Jackson. Co ja tu w ogóle robiłem? Na pewno zakłócałem prywatne wspomnienia Summer, a nie chciałem tego robić. Rozkazałem sobie się obudzić, ale gdy otworzyłem oczy, dalej stałem w tym samym miejscu jako pies Cookie.
Summer ostrożnie weszła do domu, a ja niechętnie podreptałem za nią.
- Co ty sobie wyobrażasz Summer? - rozległ się gniewny głos Annabeth. Stała przed nami, ubrana w koszulę w kratę i dżinsy. Mimowolnym ruchem poprawiła okulary - Wiesz jak się z ojcem o ciebie martwiliśmy?! Nie możesz tak sobie po prostu znikać! Bogowie, czy ty masz na sobie strój legionisty?
Uczucia córki Jacksonów zmieniły się: w jednej chwili strach zmienił się w gniew. Zdziwiło mnie, że tak dobrze wyczuwam emocje ludzi.- Tak. Ponieważ zgłosiłam się na ochotnika do legionu - odparła Summer spokojnym tonem. Wyczułem, że coś się kroi. "Może mięso na obiad?", pomyślałem, bo do moich nozdrzy dotarł bogaty aromat surowego mięsa. "O fuj, opanuj się", zganiłem sam siebie.
- Do legionu?! Jak to, bez naszej zgody?! - Annabeth całkiem zdjęła okulary i odłożyła je na stojącą obok komodę.
- Tak! Bo nie jestem już małą księżniczką, którą możecie sobie zamykać w szklanej wieży!
- Kochanie spokojnie - Percy, który przed chwilą wszedł do pokoju, położył jej dłoń na ramieniu. To właśnie on pachniał smakowicie mięsem. Może robił obiad? - Bobby śpi.
- Bobby? No tak, oczywiście, bo Bobby jest waszym ulubieńcem, bo odziedziczył po twoje moce, tato. A ja co? Nic! Figę z makiem po niej! - wskazała na Annabeth.
- Nie mów tak o swojej matce Summer! - ostrzegł ją Percy.
- Nie będę tak mówić, jeśli wyślecie mnie na misję!
- Jaką misję? - spytała Annabeth,
- Dosyć - stwierdził Percy - Summer, marsz do pokoju. Masz szlaban do odwołania!
Summer odeszła tupiąc głośno. Poszedłbym za nią, gdyby nie to, że świat nagle zawirował i znalazłem się w kompletnie obcym miejscu.
Wyczuwałem dłońmi posadzkę, ale nic nie widziałem, bo wokół mnie panowały egipskie ciemności. Wstałem na dwie nogi i, z lekkim żalem, stwierdziłem, że nie mam już psiego węchu. Znowu zapragnąłem się obudzić.
- O, proszę. Nasz herosek postanowił zobaczyć cel swojej misji - przeszył mnie kobiecy głos. Usłyszałem pstryknięcie palcami i w niewielkim kręgu światła przede mną zobaczyłem przykutą łańcuchami do drewnianego słupa kobietę. Była niezwykle piękna: włosy koloru truskawkowy blond miała wysoko podpięte, twarz mimo brudu miała niezwykle piękne rysy, a bladoróżowa sukienka w kwiatki doskonale podkreślała jej figurę, mimo licznych rozdarć. Wyczuwałem aurę tej bogini, bo byłem pewien, że to bogini, radosną i pełną nadziei, aczkolwiek w każdej chwili słabszą.
Otaczały ją dziwne sylwetki cieni. Gdy tylko chciałem im się przyjrzeć, rozwiewały się w ciemności.- Widzisz herosku? - spytał kobiecy głos kpiącym tonem - Nie ma żadnej nadziei, że ją uratujecie. Absolutnie żadnej. A teraz, idź już.
Znowu pstryknęła palcami, a ja obudziłem się zlany potem.
* * *
- Powodzenia Daniel - powiedział Chejron. Przytuliłem się jeszcze do Sunny, przybiłem piątkę Tomasowi i dołączyłem do mojej drużyny. Miał z nami jechać Matt, syn Hermesa. Znałem go z widzenia i przysiągłbym, że miał nieco pokaźniejszą sylwetkę. Dzisiaj miał na sobie bardzo luźną bluzę z kapturem założonym na głowę, tak że zakrywała mu twarz. Wystawało mu tylko parę czarnych kosmyków. Zaraz, zaraz czy Matt nie ma brązowych włosów? Coś mi tu nie grało.
Całą trójką wsiedliśmy do samochodu Argusa, naszego obozowego opiekuna. Cechą charakterystyczną Argusa są oczy w każdej części ciała. Dosłownie w każdej, nawet na języku. Naprawdę nie wiem skąd Chejron go wytrzasnął. Argus miał nas odwieźć do Nowego Jorku, ale dalej musieliśmy sobie radzić sami.
Camille wcisnęła się w siedzenie i zamknęła oczy. Matt dalej siedział z opuszczoną głową. Odgarnął kosmyki z czoła i włożył je za ucho. Zdziwiły mnie jego dłonie. Delikatne, z zadbanymi paznokciami, w ogóle nie wyglądały na męskie. Postanowiłem, że muszę z nim pogadać, ale może nie przy Argusie.
Na razie miałem większe problemy. Musiałem poprowadzić misję.
I mamy 4. rozdział. Kolejny powinien się pojawić w środę. Mam nadzieję, że moja historia się podoba i jednocześnie zachęcam do pisania komentarzy oraz dalszego czytania!
Wiem, że Ganimedes zawsze jest opisywany jako niewiarygodnie przystojny mężczyzna, ale ja po prostu nie umiem sobie go takiego wyobrazić, więc opisałam go tak jak ja go widzę. Mam nadzieję, że wam to nie przeszkadza.
Jeszcze raz zachęcam do czytania i pisania komentarzy,
Evanlyn013
Komentarze
Prześlij komentarz