Rozdział 12

Summer

Zachodzące słońce leniwie przebijało się przez ściany namiotu, przeszkadzając mi się skupić. Gdy przesuwałam się inne miejsce, promienie słońca jak na złość znów zbliżały się do mojej twarzy. Zapisałam sobie w pamięci, by w najbliższym mieście zainwestować w dobre okulary przeciwsłoneczne. Łowczynie naturalnie ich nie posiadały, były przecież przyzwyczajone do polowań na świeżym powietrzu i wszelkich niedogodności, które się z nimi wiążą. Na moją prośbę o okulary Thalia roześmiała się, jakby było coś śmiesznego w tym, że słońce razi w oczy. Poza tym przydałoby mi się coś, co zasłoniłoby moje opuchnięte od płaczu, zaczerwienione oczy. Wstyd z takimi wychodzić na ulicę, bo co sobie ludzie pomyślą? O pardon, tu nie ma ulic, jest tylko dziki busz.

Ponownie wzięłam głęboki oddech, by spróbować się uspokoić. Chociaż łzy mi się już chyba skończyły nadal czułam ból, na myśl o zdradzie Camille. Mama zawsze powtarzała, że z użalaniem się nad sobą należy zaczekać do końca bitwy, wtedy będzie na to czas. Więc próbowałam opanować emocje i wymyślić jakiś plan. Co zrobimy, gdy Artemida podwiezie nas tak daleko, jak zdoła? Czy możemy wygrać walkę z Nyks, bez Camille? Przepowiednia wyraźnie o niej mówiła. Ciekawe, gdzie ona teraz jest...
Usłyszałam szelest poszycia, jakby ktoś podchodził do namiotu. Moja ręka powędrowała do rękojeści sztyletu, który leżał koło mnie. Ostrożnie kucnęłam, obróciłam się na piętach i podskoczyłam, celując ostrzem sztyletu w szyję napastnika.
 - Hej spokojnie, to ja - wychrypiał Daniel, patrząc na mnie, jak na wariatkę. - Wiem, że z nieznanego mi powodu jesteś na mnie obrażona, ale to chyba nie powód, żeby od razu atakować mnie mieczem.
 - To ty się tu zakradasz, jakbyś był co najmniej seryjnym zabójcą - oskarżyłam go.
 - Ja normalnie podszedłem, to, że masz paranoję, to już nie jest moja wina - parsknął śmiechem. Jego uśmiech był tak zaraźliwy, że chwilę później też zaczęłam się śmiać. Usiedliśmy razem na kocu, rozłożonym na podłodze namiotu. Położyłam przed nim solone paluszki, które dostałam od Łowczyń. Oczywiście ekologiczne, w papierowym opakowaniu. Jak już dbać o przyrodę, to pełną gębą.
  - To czemu się tu zakradasz? - spytałam.
Przewrócił oczami.
 - Nie zakradam się, tylko może trochę ciszej podszedłem, bo chyba nie za bardzo mogę tu być.
 - Czemu?
 - Tam, gdzie Łowczynie mnie zabrały stały dwa namioty. Powiedziały, że ten drugi należy do drugiego więźnia. Zabroniły mi do niego zaglądać i kazały iść do mojego.
 - Ale ty i tak poszedłeś do drugiego więźnia i go uwolniłeś? - powiedziałam.
 - Nie do końca ja go uwolniłem, ale tak. Skąd wiedziałaś?
 - Bo ja bym tak zrobiła - uśmiechnęłam się. - A poza tym, naprawdę jesteś przewidywalny Danielku.
 - Udam, że tego nie słyszałem. Gdy rozmawiałem z drugim więźniem, czyli Kenny'm, przyszła Łowczyni Roksan, która wcześniej odprowadzała mnie do namiotu. Właściwie nas podsłuchiwała, i gdy ją złapaliśmy pokazała nam pierścień, który był kluczem do niewidzialnej klatki, w której zamknięty był Kenny. Uwolniła go, ale ona została w klatce, a ja przysiągłem na Styks, że ją stamtąd wydostanę i zabiorę z obozu Łowczyń. Razem z nami - skończył opowiadać.
Aha, czyli już nie musimy się martwić niewielką liczebnością grupy. Daniel w czasie jednego popołudnia zapewnił nam dwójkę potencjalnym sprzymierzeńców. Dobry jest.
 - Przysiągłeś na Styks, że wciągniesz ją z obozu? Zwariowałeś? I uwolniłeś prawdopodobnie niebezpiecznego więźnia, o którym prawie nic nie wiemy? Nie można cię nawet na chwilę zostawić samego. Podobnie jak Camille - pokręciłam głową. Jasne, zgarnął nam dwóch członków załogi, ale nie można gadać o samych superlatywach, bo chłopak spocznie na laurach. Na szczęście ma mnie, żebym mogła sprowadzić go na ziemię.
 - Co się stało z Camille? - zmarszczył brwi. - Gdzie ona jest?
Opowiedziałam mu pokrótce i naturalnie w dużo lepszym stylu niż on, o zdradzie Camille i o pomyśle Thalii i Artemidy. Trochę mi ulżyło, że mogłam podzielić się tym z kimś, kto znał Camille tak dobrze jak ja. Oj, ale ja przecież prawie w ogóle jej nie znałam.
Daniel przygasł i zwiesił ramiona. Jego jasne włosy opadły mu na oczy, które miały wyraz słodkiego smutnego szczeniaczka.
 - To niemożliwe, to nie Camille - szepnął.
 - No niestety to właśnie ona - dość brutalnie mu przerwałam, zwłaszcza, że godzinę temu też byłam w totalnej rozsypce. Czy staję się nieczuła? - Powiedz mi lepiej, co zamierzasz zrobić w sprawie Roksan i Kenny'ego, bo jestem pewna, że Thalia nie wyprawi z nami tak po prostu zdrajczyni i więźnia, z uśmiechem podając im lunch.
Daniel otrząsnął się. Dużo szybciej niż ja.
 - Myślałem, że mogłabyś ukraść którejś Łowczyni pierścień, ja zabrałbym pierścień Kenny'ego i ją wyprowadził.
 - A potem? - dociekałam, chociaż nie byłam pewna, czy chcę to usłyszeć.
 - Moglibyśmy ukraść rydwan Artemidy i uciec.
 - Co? Mam nadzieję, że się przesłyszałam - pokręciłam głową. Co on zwariował?!
 - Nie, to nasza jedyna szansa. Nie dotrzemy na drugi koniec USA w trzy dni! Wiesz jak szybko może jechać ten rydwan? A, jak sama mówiłaś Thalia nie wypuści stąd dobrowolnie Kenny'ego i Roksan.
Przewróciłam oczami.
 - Thalia i Łowczynie nam pomogły, zaoferowały nam gościnę. Artemida chce nam pomóc z własnej woli. A ty chcesz to zaprzepaścić? Chcesz, żeby oprócz posłańców Nyks ścigali nas jeszcze bogowie, oczywiście zakładając, że w ogóle przeżyjemy kradzież rydwanu i Artemida nie spali nas żywcem? Może jeśli Kenny przeprosi, za to, co zrobił, a my obiecamy, że potem oddamy go Łowczyniom obejdziemy się bez tego ryzyka? - zaproponowałam.
 -  A co z Roksan? Zdradziła Łowczynie i, jeśli jej nie wyciągniemy Artemida ją ukarze. Nie okłamiemy bogini. Roksan nam pomogła i zginie - Daniel zniżył głos, jakby chciał w ten sposób wywrzeć na mnie większe wrażenie.
 - Aha - pokiwałam głową. - Już wszystko rozumiem. Po prostu się w niej zakochałeś!
Daniel się zarumienił.
 - Wcale nie!
 - Wyglądasz jak mała dziewczynka, kiedy się tak rumienisz - skomentowałam. Na twarz Daniela wróciły normalne kolory.
 - Proszę Summer. Bez ciebie nie dam rady. Przysiągłem na Styks, że po nią wrócę - powiedział cicho.  Wyglądał tak smutno, że aż nie chciało mi się na to patrzeć.
 - Roksan jest półboginią? - spytałam.
 - Nie jestem pewny, ale raczej tak. Wygląda jak dziecko Hadesa. Czarne oczy, blada cera i w ogóle.
Dokładnie jej się przyglądałeś, skomentowałam w myślach. Wszyscy faceci są tak pozbawieni romantyzmu, by określić wygląd kobiety jako "i w ogóle"? Roksan jest córką Hadesa? Boga śmierci? Nagle w moim mózgu coś zaskoczyło. Niemal czułam żaróweczkę, która zapala się nad moją głową.
Hades jest bogiem śmierci, kradnie ludziom życie. A więc jego córka jest dzieckiem Złodzieja. Jest osobą, która powinna być na moim miejscu.
 - Ok - zgodziłam się. Twarz Daniela rozjaśnił uśmiech. - Ale jest haczyk: chcę być druhną na waszym ślubie - żałuję do dziś, że nie zrobiłam zdjęcia miny Daniela. Była bezbłędna. - Zawołaj Kenny'ego, to opracujemy plan...

                                                       .                       .                       .

 - Pani Artemido - przywitałam boginię, lekko pochylając głowę. Jeśli zaraz zamierzałam ukraść jej rydwan i sprowadzić na siebie jej gniew, to mogłam chociaż na początku zachowywać się z szacunkiem.
 - Witaj Summer - bogini rozciągnęła kąciki swoich idealnych boskich ust w uśmiechu, jednak ten uśmiech nie rozjaśnił jej oczu. Srebrne tęczówki wpatrywały się we mnie ze śmiertelną powagą. Dostałam gęsiej skórki na ramionach. Robiło się już chłodno, gdy ostatnie promienie zachodzącego słońce wystawały zza drzew. Do tego wiał jeszcze zimny wiatr, zupełnie jakby nie było lata, a do tego lipca. Nawet przyroda wzięła sobie za punkt honoru, żeby utrudnić nam kradzież wozu Artemidy. Może jeszcze śnieg, boże pogody, jakkolwiek się nazywasz? Będziemy wyglądać, jak parodia Świętego Mikołaja...
Zorientowałam się, że powinnam jeszcze coś powiedzieć, bo Thalia wpatrywała się we mnie wyczekująco, a uśmiech Artemidy ostygł do pogardliwego grymasu.
 - Dziękuję, że zdecydowałaś się nam pomóc - powiedziałam niepewnie. O to chodziło?, spytałam w myślach Thalię.  - Przykro mi z powodu śmierci Louise. Nikt nie spodziewał się tego po Camille.
 - Zdrajcy rzadko oznajmiają wprost, że są zdrajcami - rzekła Artemida. - Ale musimy porozmawiać o czymś innym. Odnośnie twojej misji. Chodźmy do namiotu, rydwan poczeka.
Otworzyłam usta, by poprawić boginię, bo to przecież misja Daniela, ale Thalia spiorunowała mnie wzrokiem. Może odziedziczyła ten dar po swoim ojcu, Zeusie. Ale ja nie mogłam iść z Artemidą do namiotu, bo musiałam tu być, gdy chłopcy będą kraść rydwan. Musiałam grać na czas, by zdążyli ukraść pierścień, otwierający przejście, uwolnić Roksan i ukraść rydwan zanim Artemida i Thalia zorientują się, co jest grane. Musiałam odwrócić ich uwagę. Ale nie mogłam iść za daleko od rydwanu, bo nie zdążę wrócić na czas. Myśl Summer, myśl...
 - Znam ładne miejsce w lesie - palnęłam. - Nikt nas nie podsłucha, a jest pełne dzikiej przyrody i innych takich. Spodoba ci się, pani.
Zapomniałam dodać tylko, że to miejsce powstało przed chwilą w mojej głowie. Improwizacja to też sztuka.
Artemida uniosła brew.
 - Wobec tego, możemy tam iść - wzruszyła ramionami. - Wśród dzikiej przyrody będzie nawet lepiej.
 - Dokładnie tak pomyślałam - potwierdziłam, zastanawiając się, czy nie wypadłam zbyt lizusowsko.
Pokazałam Artemidzie drogę, a ona wysforowała się do przodu, zostawiając mnie i Thalię za sobą. Najwyraźniej nie zamierzała rozmawiać ze mną, zanim dojdziemy do mojego sekretnego i ustronnego miejsca. Szkoda, chciałabym się dowiedzieć, co miałaby mi do powiedzenia.
Thalia złapała mnie mocno za rękę i powiedziała cicho:
 - Co ty kombinujesz Summer?
 - Nic. Zupełnie nic - skłamałam.
Thalia spojrzała na mnie podejrzliwie, a mnie zrobiło się głupio, że ją okłamuję. Puściła moją rękę. Zyskałam trochę czasu dla drużyny. Ale jak ucieknę Łowczyni i bogini tropienia oraz polowań? Wchodziłyśmy coraz głębiej w las, a ja zastanawiałam się, ile czasu jeszcze potrzebuje Daniel. Czas, to jeden z tych istotnych szczegółów, które miały wyjść w praniu. Kurczę blade, czy przynajmniej raz nie mogłoby pójść idealnie po naszej myśli?
 - Daleko jeszcze? - spytała Artemida, jak zniecierpliwione dziecko. Nie wiedziałam, że bogowie mogą się pocić, ale rude włosy bogini przykleiły jej się do karku, mimo chłodnego wiatru.
 - Nie, jeszcze dwieście metrów - pocieszyłam ją, widząc, że za dwieście metrów drzewa faktycznie się przerzedzały. Może jest tam moja wymyślona polanka? Coraz rozpaczliwiej poszukiwałam sposobu zatrzymania tu chociaż na chwilkę Artemidy, gdy będę uciekać. Zobaczyłam, że z mojej lewej strony znajduje się płytkie błotniste bajoro. Żaróweczka zapaliła mi się nad głową już po raz drugi tego samego dnia.
Puknęłam Thalię w ramię.
 - Coś się dzieje? - spytała. - Czy może chciałabyś mi powiedzieć, o co chodzi w tym cyrku?
Artemida też się zatrzymała, czekając na nas ze zniecierpliwioną miną. Brakowało tylko stukania obcasem w parkiet, by dopełnić obrazu zawsze perfekcyjnej bizneswoman, która właśnie spóźni się do pracy przez swoich podwładnych.
 - Chciałabym, ale nie mogę - pokręciłam głową, zbierając w sobie moc, która wybuchła nad jeziorem.
  - Dlaczego? Coś się dzieje? - Thalia zmarszczyła brwi, a mi zrobiło się jeszcze bardziej głupio, za to, co zaraz zrobię. Przytuliłam ją.
 - Summer?
 - Chcę przeprosić Thalia. Wybacz mi, proszę. Jak przyjaciółka.
Przyzwałam moc, która masą kleistego szlamu z bajorka wylała się na Artemidę. Wyrwałam się z objęć Thalii, odwróciłam się na pięcie i pobiegłam przed siebie. Słyszałam krzyki Thalii i Artemidę, wygrzebującą się z błota, które oblepiało ją, utrudniając ruch. Wiedziałam, że ten stan nie potrwa długo, więc przyspieszyłam. Poczułam łzy, cieknące mi po policzkach.

                                                    .                            .                          .           

 - Szybko Daniel! Odpalaj! - wpadłam z krzykiem na polanę. Zabrzmiało to rodem z filmów akcji. Brakuje tylko agenta w czarnych przeciwsłonecznych okularach, który krzyknąłby "Szybko! Za tym samochodem!". Syn Apollina stał obok rydwanu (który nawiasem mówiąc wyglądał, jak najzwyklejszy starogrecki czy rzymski rydwan - żadnych bajerów, a do tego bez koni. Nie pytajcie, czym był napędzany.),  w świeżych ciuchach, które pewnie dostał od Łowczyń. Słońce rozświetlały od tyłu jego złote włosy, znów sprawiając, że przypominał mi anioła. 
Obok niego, o rydwan opierał się Kenny. Nie wiem, kto jest jego boskim rodzicem, ale miał urodę godną syna samego Gromowładnego. Krótko ścięte jasnoblond włosy i błękitne oczy. Czemu spotykam na swojej drodze samych przystojnych blondynów?
 - Co się stało? - za rękę złapała mnie o kilka lat starsza ode mnie dziewczyna, na którą nie zwróciłam wcześniej uwagi. Może dlatego, że jej kręcone ciemne włosy zlewały się z panującym półmrokiem. Uznałam, że to musi być Roksan. Tak jak Daniel mówił, była blada jak sama Śmierć i miała czarne oczy. Przeszedł mnie dreszcz.
 - Nie teraz - pokręciłam głową. - Ważne, że Artemida i Thalia zaraz tu będą! Lećmy!
Odwróciłam się gwałtownie, bo usłyszałam szelest w krzakach za nami. Między drzewami błysnęły mi srebrne kurtki. Zaklęłam w myślach. Miałam nadzieję, że Łowczynie nie przybiegną bez swojej pani.
Daniel szybko zabrał mi plecak i pomógł wejść na rydwan. Wyższa Roksan wdrapała się sama. Daniel wskoczył za kierownicę (tak, księżycowy rydwan miał kierownicę), gdy nad głową świsnęły mi strzały z łuków. Z lasu wyszły Łowczynie.
 - Summer Jackson! - krzyknęła któraś z nich. - Jesteś zdrajczynią bogów! Zaatakowałaś Artemidę! Jesteś skazana na śmierć! Ty też Roksan!
A uczciwy proces?, miałam ochotę krzyknąć, ale tuż koło mojej ręki wbiła się strzała.
 - Daniel! Odpalaj! - syknęłam i skuliłam się za obiciem rydwanu.
 - Nie wiem jak! Tu nie ma pedału gazu! - poskarżył się mój przyjaciel.
 - Tylko ja mogę wezwać jelenie, które ciągną MÓJ rydwan - z lasu wyłoniła się Artemida alias Potwór z Bagien. Włosy miała posklejane błotem, twarz przybrała kolor wdzięcznego brązu, a ubranie bardziej wyglądało jak sterta śmieci. - Więc zejdźcie dopóki możecie liczyć na moją łaskę. 
 - Nigdy wiedźmo! - odkrzyknął Kenny, a ja walnęłam się w czoło. Jak można jeszcze pogarszać naszą i tak niezbyt ciekawą sytuację.
Wysunęłam się znad barierki rydwanu, by przemówić mu do rozumu i nagle zobaczyłam strzałę, lecącą prosto w moje czoło. Wiedziałam, że nie chybi. Czas zwolnił (może tak się dzieje przed śmiercią). Ujrzałam, że osobą, która wypuściła strzałę była Thalia. Patrzyła na mnie chłodno, jakby mnie nie znała. Zacisnęłam zęby, czekając na śmierć.
Ale się nie doczekałam.
Strzała zrobiła się szara i rozpadła się w proch. Roksan, siedząc obok mnie wyciągała ręce przed siebie. Opuszki jej palców były szare. Kolejne strzały rozpadały się, aż Łowczynie postanowiły przejść do ofensywy. 
 - Co to? - spytałam Roksan.
 - Myślisz, że tylko ty masz fajne moce? - warknęła. - Patrz!
To ostatnie skierowało moją uwagę na Kenny'ego, który, korzystając z zamieszania, wysiadł z rydwanu. Mrugnął do mnie i nabrał powietrza w płuca. I dmuchnął. Rydwan zaczął trzeszczeć pod wpływem podmuchu wiatru i uniósł się nad ziemię. Łowczynie były tuż, tuż.
 - Kenny! To działa! Nie przestawaj! - wrzasnęłam i rzuciłam sztyletem w stronę najbliższej Łowczyni. naturalnie nie trafiłam, ale zyskałam trochę czasu.
Napotkałam zimny wzrok Artemidy. Słońce zaszło, a księżyc jeszcze się nie pojawił.
Kenny dmuchnął jeszcze raz i rydwan poderwał się w powietrze.
Łowczynie przygotowywały się do kolejnej salwy.
Kenny biegł za wznoszącym się rydwanem.
 - Stop - powiedziała cicho Artemida, ale i tak usłyszałam. - Niech zdrajcy polecą. Nakładam klątwę na Summer Jackson. Pewnego dnia, stracisz coś bardzo dla ciebie ważnego przez osobę, której ufasz.
I tak nie uciekniesz przed sprawiedliwością.
Poczułam gęsią skórkę na ramionach.
 - Summer! - usłyszałam krzyk Kenny'ego z ziemi. Podałam mu rękę i wspólnymi siłami wciągnęłyśmy go na pokład. Kenny sterował wiatrem tak, że szybko zniknęliśmy Łowczyniom z oczu. Płynęliśmy wśród gwiazd.
 - Udało się! - roześmiał się szczerze Daniel. Nigdy nie widziałam go, tak beztroskiego.
 - Jesteśmy wolni - powiedział Kenny, patrząc mi w oczy. Roksan się uśmiechnęła.
Było nieziemsko. Czworo nastolatków, płynących wśród gwiazd ku lepszej przyszłości. W innych okolicznościach śmiałabym się tak samo, jak moi przyjaciele, ale w uszach wciąż brzęczała mi klątwa Artemidy. Czułam na sobie chłodny wzrok Thalii. Zrobiłam im to samo, co Camille zrobiła mnie. Wiedziałam, że to wspomnienie pozostanie ze mną na długo.
I tak nie uciekniesz przed sprawiedliwością.



Hej, mamy nowy rozdział. Mnie się całkiem podoba. Dajcie znać w komentarzach, jak wam przypadł do gustu. Do zobaczenia wkrótce!
Evanlyn





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 8 cz.II

Rozdział 10