Rozdział 8 cz.II

Rozdział dedykowany mojemu cudownemu bratu za poddanie pomysłu.:*

Summer

Nigdy nie miałam barwnych snów jak przystało na prawdziwego herosa. Nawet, gdy mi się coś śniło, to zwykle po pięciu minutach od obudzenia zapominałam co. Uznałam, że to normalne (jakby cokolwiek w moim świecie było normalne), że po prostu ludzka krew moich rodziców przeważyła nad boską i po prostu mogłam spać spokojnie bez proroczych snów i tego typu rzeczy.

Niestety się myliłam. Snu o Danielu nie mogłam tak po prostu zapomnieć. Próbowałam o nim nie myśleć, licząc na to, że sam wyleci mi z  głowy, ale oczywiście nie. Ciągle pamiętałam każdy głupi szczegół tego snu i pamiętałam mój ból gdy... No dobra, ogarnij się dziewczyno, nie myśl o tym. W każdym razie, znacie to uczucie, gdy ktoś, komu ufaliście, jak własnemu bratu, was zdradził? Od początku działał po ciemnej stronie mocy? Jeśli tak, to wiecie, czemu byłam na niego zła i jak się ogólnie czułam. Jeśli nie, to...jesteście szczęśliwymi ludźmi.
Ale wracając do tematu: postanowiłam zagrać Danielowi na nerwach i przespacerować się plażą, gdy nagle grunt pod moimi nogami zaczął chybotać. Pierwsza myśl: "Trzęsienie ziemi". Druga: "Kurdę, jestem za młoda, by umierać. Nie zdążyłam nawet spróbować, jak smakują złote ciasteczka Oreo. To nie fair".
Nagle, ziemia zaczęła się ode mnie oddalać, a mną znowu zatrzęsło. Z ust wyrwał mi się krzyk. Upadłam na kolana, usiłując utrzymać równowagę.
Daniel i Camille stojący dalej w lesie, spojrzeli na mnie przerażeni. Rzuciło mną i spadłam na mokry piach i skały. Leciałam dosyć długo, więc musiałam spaść z wysoka. Dziwne, bo wcześniej nie zauważyłam na tej plaży żadnych gór. Poczułam w ustach smak krwi.
 - Kto to? - rozległ się gardłowy pomruk. Brzmiał jak szuranie kamieniem po skałach. Bynajmniej nie zaprosiłabym jego właściciela do chóru.
Zmusiłam się, mimo mdłości, by podnieść wzrok. Słońce raziło mnie prosto w oczy, więc dostrzegłam przed sobą jedynie zamazaną ciemną sylwetkę. Była olbrzymia.
 - Kim ty? - spytał głos.
 - Summer - odparłam, mimo bólu głowy. Otarłam dłonią czoło i zobaczyłam, że jest cała czerwona od krwi. Zrobiło mi się słabo. Gdzie jest Daniel, kiedy go potrzebuję?
Nagle zaświtała mi pewna myśl. Woda! Byłam nad jeziorem, a tata opowiadał mi, że jemu dotyk wody zawsze leczył rany i dodawał sił! Jasne, szansa, że to po nim odziedziczyłam była naprawdę niewielka, ale tonący brzytwy się chwyta.
Zaczęłam się czołgać w stronę wody, gdy głos znowu zadudnił:
 - Co ty tu...robisz...na mnie?
Przemawiał z trudem, jakby rzadko miał do tego okazję. Jednak właściciel głosu był olbrzymi i przypuszczalnie niebezpieczny, więc musiałam zdobyć dla siebie czas.
 - Ja tylko przechodziłam - wychrypiałam. Jeszcze tylko metr dzielił mnie od tafli jeziora!
 - Przechodziłaś ty? - w tym tajemniczym głosie zabrzmiało niedowierzanie. I może trochę...ironia? Kurdę, do wody zostało mi niecałe pół metra, a ja zastanawiałam się nad emocjami olbrzymich tajemniczych potworów. Wykonałam rzut do przodu, przy okazji obcierając sobie łokcie i moja dłonie znalazły się w wodzie. Natychmiast poczułam przypływ sił. Normalnie jak wtedy, gdy po nieprzespanej nocy zaaplikowałam sobie podwójne espresso. Przez pół dnia poruszałam się biegiem, by spalić jakoś spalić tę energię.
Kucnęłam tak, by moje stopy też dotknęły wody. Obmyłam też sobie twarz. Poczułam, jak krew przestaje lecieć z mojego czoła. Jak dobrze!
Podniosłam wzrok i zobaczyłam właściciela tego mrocznego głosu. Zamarłam z przerażenia. Stał przede mną ogromny krab. Miał około trzech metrów wysokości i jeszcze więcej szerokości. Jego olbrzymie szczypce wyglądały, jakby mogły przebić słonia afrykańskiego na wskroś.
 - T-tak - wyjąkałam. Gdzie są Daniel i Camille? Rozejrzałam się za nimi, co było trudne, bo olbrzymi krab zasłaniał mi widok, ale zobaczyłam dwie postaci jakieś dwadzieścia metrów ode mnie. Camille usiłowała wyciągnąć nogę Daniela z jakiejś dziury. Cudnie po prostu! Daniel nie mógł znaleźć sobie lepszego momentu na to, by się popisywać! Ileż ja znałam numerów, że dzieci mówiły: "Patrz ja włożę nogę czy rękę do tej dziury!", "A ja wsadzę rękę o wrzątku"! W końcu zawsze przybiegali dorośli i powstrzymywali nasze zamiary, ale tym razem nikt nie mógł wyperswadować mojemu koledze głupich pomysłów.
Olbrzymi skorupiak zaczął się odwracać w stronę moich przyjaciół, zapewne za moim wzrokiem. Podjęłam szybko bardzo odważną decyzję, by odwracać uwagę kraba i tym samym zyskać dla nich czas.
 - Te, bezkręgowiec! - zaczepiłam go. Wiem, na liście Najgorszych Możliwych Zaczepek na Początek Znajomości "te, bezkręgowiec" zapewne znajduje się na wysokiej pozycji, ale chwilowo nic innego nie przyszło mi do głowy.
Krab odwrócił się w moją stronę.
 - Ja...Steve - wymruczał.
 - Steve? - spytałam skonsternowana.
 - Moje imię  to...Steve - wyjaśnił skorupiak.
Okej, gigantyczny krab o imieniu Steve. Dziwniejsze rzeczy się słyszało.
 - No...hej Steve - zaczęłam. - Zacznijmy od początku, co? Jestem Summer.
 - Summer Jackson? Ja...zabić cię...dla Nyks.
 - Okej, może później. A w ogóle Steve, to kim ty jesteś? Bo wiesz, nigdy nie słyszałam o żadnym wielkim krabie, który mieszka w...eee...wodorostach przy tym jeziorze - paplałam. Moja mama często opowiadała mi, jak wiele razy wychodziła cało z tarapatów dzięki gadaninie. To zajmowało uwagę wroga i pozwalało jej obmyślić plan. A jeśli ona mogła, to ja też.
 - Ja...walczyć z...Herakles - wyjaśnił Steve. - Ja...wcześniej nie mieć...imienia, więc...ja sam je...sobie...nadać.
Wyglądał na zadowolonego ze swojej przemowy. Jakby to była najdłuższa wypowiedź, jaką udało mu się ułożyć. W sumie było mi go trochę żal - sam musiał nadać sobie imię, bo wcześniej nikt nie raczył go nazwać.
 - Kto? - spytałam. - Kto cię wysłał do walki z Heraklesem?
 - Hera - westchnął ciężko krab. Powiedział to jak człowiek (nadajmy mu robocze imię Rob), który przez lata podkochiwał się w jakiejś dziewczynie, ale wstydził się jej to wyznać. I później, gdy nasz Rob wreszcie się na to zdecydował, to tamta wyjęła słuchawki z uszu i powiedziała: Mówiłeś coś Stanley? Takie odniosłam wrażenie.
Jednocześnie próbowałam skojarzyć Steve'a z jakiegokolwiek mitu o Heraklesie. Przeleciałam w myślach jego dwanaście prac i wreszcie...
 - Hera wysłała cię do walki z Heraklesem, kiedy ten miał pokonać hydrę lernejską, nie?
Steve smutno kiwnął swoją wielką krabią głową.
 - A potem zapomniała...o mnie.
Podeszłam do niego i dotknęłam jego wielkich szczypiec. W sumie, Steve nie był taki zły. Robił to, co mu kazano. Co mu kazała Hera, niby jedna z tych dobrych. A potem o nim zapomniała. Tak po prostu, jak wyrzuca się stare skarpety.
 - Przykro mi Steve - powiedziałam szczerze. Przyszło mi do głowy, że my w sumie też działamy w imieniu bogów. Istot, które podczas swojego bardzo długiego życia zdążyły zrobić tyle świństw, ile stu ludzi nie dałoby rady zrobić. Bogowie działają tylko na swoją korzyść, nie liczą się w ogóle z innymi stworzeniami. Steve był tylko ofiarą ich egoizmu. 
 - Uratujemy cię Summer! - usłyszałam krzyk Daniela. Mój przyjaciel biegł wraz z Camille po plaży. Nałożył strzałę na cięciwę łuku i, zanim zdążyłam choćby otworzyć usta, wystrzelił. Strzała trafiła Steve'a w dziurę między pancerzem na szyi. Krab warknął i obrócił się w stronę moich przyjaciół.
 - Nie, nie róbcie tego! - krzyknęłam. - On jest dobry!
Nie posłuchali mnie. Daniel wyciągnął miecz i natarł na kraba. Camille uzbroiła się w groźne lodowe szkielety. Pobiegłam do nich.
Nagle straciłam równowagę, gdy grunt zarwał się pod moją lewą stopą. Szarpnęłam, by ją wydostać, ale wyglądało na to, że utknęłam na dobre.
Moja desperacja narastała, w miarę, jak widziałam moich przyjaciół atakujących Steve'a. Camille przymroziła mu szczypce do ziemi. Jeszcze raz krzyknęłam, ale albo mnie nie usłyszeli, albo po prostu zignorowali. Podjęłam jeszcze jeden wysiłek, by wydostać stopę, ale i on poszedł na marne.  
Steve szarpnął szczypcami i uwolnił je w deszczu lodowych odłamków. Jeden doleciał aż do mnie. Roztopił się w blasku słońca, a strużka wody popłynęła ku mnie. Nad moją głową zapaliła się żaróweczka, zaczęłam obmyślać plan. Ryzykowny i niemalże niemożliwy do spełnienia, ale nadzieja zawsze jest. Właściwie to ta misja jest właśnie, by odzyskać nadzieję. A ona popycha do desperackich działań.
A ja byłam zdesperowana, bo musiałam uratować i Steve'a, i moich przyjaciół. Z nogą w dziurze. Damy radę.
Spojrzałam na szklistą taflę jeziora. Spróbowałam w myślach rozkazać jej, by podpłynęła bliżej. Miałam wrażenie, że fale posyłają mi wyzywające spojrzenia: "No dalej, pokaż co potrafisz, wnuczko Posejdona". A może właśnie to robiły. Zauważyłam przez moment drwiący uśmiech nimfy wodnej pod powierzchnią wody. 
Wyciągnęłam dłonie przed siebie, by dodatkowo wzmocnić moją siłę woli. Przez chwilę nic się nie działo, ale później fala zaczęła się do mnie przybliżać. Coraz bliżej i bliżej, aż w końcu oblała moje stopy.  Buty mi przemokły, ale od razu poczułam przypływ energii. Byłam wnuczką Posejdona i Ateny, córką Annabeth Chase i Percy'ego Jacksona. Nie było dla mnie rzeczy niemożliwych.
Przywołałam więcej mocy i zobaczyłam jak woda przybrzeżna powoli unosi się i zbliża do mnie. Wykonałam gest, jakbym czymś rzucała i cała masa wody zalała plażę.


Straciłam chyba na moment przytomność, ale chwilę później zobaczyłam moich przyjaciół wypływających ku górze. Byłam mega wycieńczona, jakbym przebiegła maraton, ale też dumna z siebie. Kilka minut napawałam się tym uczuciem, aż kapnęłam się, że już dawno minął moment, kiedy powinnam odetchnąć, albo też się udusić, a ja nadal żyłam! Umiałam oddychać pod wodą jak tata! Potrzebowałam tylko to odkryć. 
Zobaczyłam Steve'a, który chował się w jakiejś jaskini. Mrugnął do mnie (o ile gigantyczne kraby mogą mrugać). Uśmiechnęłam się. Zakręciło mi się w głowie. Może jednak za długo przebywałam na dnie. Ubranie całkowicie nasiąkło mi wodą i było strasznie ciężkie. Popłynęłam w stronę brzegu. 
Moja fala sprawiła, że nabrzeże całkowicie się osunęło i teraz była tam wielka skarpa. Może właśnie ukształtowałam nowy typ nabrzeża w USA. Później nadam temu jakąś mega trudną nazwę np. teranotefidity czy inne blablabla, i dzieci będą musiały to kuć na geografię. Hahahahaha!
Gdy byłam tuż przy brzegu jakaś pomocna dłoń złapała mnie i wyciągnęła spod wody. Zobaczyłam Daniela. W jaskrawym świetle słońca wyglądał jak anioł. Jego włosy przypominały mi miód albo złoto. 
 - Wszystko w porządku Summer? - spytał.
Kiwnęłam głową. Nagle odsunęła go jakaś inna osoba. Była nią około szesnastoletnia dziewczyna z kruczoczarnymi krótkimi włosami i jadowicie błękitnymi oczami. Na czole miała srebrną przepaskę ze znakiem półksiężyca. 
 - Summer Jackson, tak? - powiedziała, jakby z niechętnym podziwem. - Znam twojego ojca.


I kolejny rozdział za nami. Jak zauważyliście pewnie (a jeśli nie, to naprawdę nie wiem, jak ten ktoś czytał) rozdział był pisany z perspektywy Summer, a nie Daniela. Piszcie mi w komentarzach, jak podoba wam się jej narracja. Chcecie coś takiego częściej?
Wiem, wiem, że rozdział jest bardzo opóźniony, ale miałam w tym miesiącu naprawdę dużo pracy. W ramach rekompensaty rozdział jest dość długi, a przynajmniej tak mi się wydaje. Poinformuję was, kiedy wstawię kolejny. 
No dobra, więc standardowa prośba: komentujcie, obserwujcie i przekazujcie dalej!
Do zobaczenia,
Evanlyn013




Komentarze

  1. Złote ciasteczka Oreo? Takie istnieją?!
    - Przechodziłaś ty? - w tym tajemniczym głosie zabrzmiało niedowierzanie. (taka uwaga - powinno być duże W. Z małej litery zaczynamy tylko wtedy, gdy używamy słówek typu: powiedział, warknął, syknął itd.)
    Nie wiedziałam, że u Herkulesa pojawił się jakiś krab. Nie, przepraszam - Steve :D Śmiałam się, bo to imię automatycznie kojarzy mi się z Kapitanem Ameryką, więc sobie wyobraziłam jego krabią wersję. A początek rozmowy kraba z Summer przypominał konwersację z psychopatą ( - Zabiję cię. - W porządku, ale może później?).
    I widocznie Posejdon lubi wnuczkę, skoro jej wodnej mocy udziela :D Ciekawe, czy zacznie mieć przebłyski geniuszu po babci :D
    No i mamy Thalię! Cieszę się, choć jakoś wybitnie jej nie lubię. Wciąż mam za złe to, że wciągnęła w sprawy Łowczyń Biankę. Zobaczymy, co tutaj robi.
    Przepraszam za opóźnienia w komentowaniu, ale wszystko mi się wali na głowę. Aż nie wiem, czy pisać o zwiadowcach, czy o bogach, a na wszystko mam masakrycznie mało czasu. Dobrze, że mi przypominasz o komentowaniu :D
    Pozdrawiam i życzę weny,
    Mentrix

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak złote ciasteczka istnieją, sprawdziłam. Mówiła mi o nich wcześniej koleżanka i trik polega na tym, że ciasteczka są zbożowe. I tyle. Szczerze nawet nie wiem, czy są w Polsce, ale uznałam, że w Stanach muszą być.
      Dzięki za wykrycie błędu, już poprawiam. Nie znałam wcześniej tej zasady, więc tym bardziej dziękuję. ;)
      Tego kraba, to naprawdę się naszukałam. W planie miałam, sama nie wiem jakiegoś zbuntowanego boga, piekielnego ogarną czy coś, ale mój brat poddał mi pomysł na Steve’a. Oh, no tak miał na imię Kapitan Ameryka! Średnio go lubię, więc po prostu jakoś nie zapamiętałam jego imienia. A długo nad nim myślałam. Imię musiało być proste, ale Bob odpadał, bo nie chciałam kopiować tytana Boba.
      CIEKAWOSTKA
      W mojej historii młodszy brat Summer ma właśnie na imię Bob, od dzielnego Japetosa.

      Więc wyszedł Steve. Po prostu. Cieszę się, że Cię rozbawił.
      A Summer, no cóż, na początku nie chciałam, żeby miała jakieś super moce, bo nie podobało mi się, że na wielu blogach dziecko Jacksonów jest jakimś superbohaterem. Wznieca burze, wichury, umie zatrzymywać czas - co jeszcze będzie latać w pelerynce?
      Ale stwierdziłam, że coś małego nie zaszkodzi.
      Ja też nie lubię przez to Thali. I przez to jaka była dla Pecy’ego. Ale może ma charakter po tatusiu...
      Rozumiem Cię, ja też mam bardzo mało czasu. Ale, jak to mówi moja koleżanka: lajf is brutal.
      I tym optymistycznym akcentem kończę.
      Jeszcze raz dziękuję,
      Evanlyn013

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 12

Rozdział 10