Rozdział 3

Mam nadzieję, że od następnego rozdziału akcja nieco się rozkręci, bo na razie to prawie nic się nie dzieje. Zapas tekstu już niestety się kurczy, więc będę musiała teraz więcej czasu poświęcać na przygotowanie rozdziału. Zmieniłam pierwotne plany i rozdziały planuję dodawać co 5 dni.
Ale nie przedłużając, zapraszam do czytania.


                                            Rozdział 3.

Wstałem od stolika i skierowałem się w stronę głównego stołu, ale coś, albo raczej ktoś odwrócił moją uwagę. Tą osobą była Una Maribell, córka Elpis, bogini nadziei. Coś z nią było ewidentnie nie tak. Zwykle Una skakała wokół obozowiczów i wykrzykiwała wesołe hasła np. "Nie płacz nad rozlanym mlekiem!", albo "Nie poddawaj się! Zawsze może być gorzej!". Akurat tutaj miała rację: gdy jest się herosem, zawsze może być gorzej. A dzisiaj: orzechowe, lekko rude włosy spływały tłustymi strąkami wokół twarzy, na obozowej koszulce widniały niewiadomego pochodzenia plamy,  a czarne, toporne kozaki zdecydowanie nie nadawały się na letnią pogodę. Nawet jej sposób chodzenia nie pasował do niej: garbiła się i powłóczyła nogami po ziemi. 
Podszedłem do niej i zapytałem:
 - Hej Una, coś się stało? 
Spojrzała na mnie niewidzącym wzrokiem. Zauważyłem, że ma wielkie wory pod oczami.
 - O, hej Daniel. Mówiłeś coś? - spytała zachrypniętym głosem.
 - Tak. Pytałem, czy coś się stało, bo jakoś dziwnie wyglądasz.
 - Faktycznie, dzisiaj jakoś słabo się czuję. No, i jeszcze miałam sny... - zawiesiła głos.
 - Jakie sny?
 - Średnio je pamiętam. Widziałam chyba mamę, w łańcuchach? - spytała sama siebie - Stała nad przepaścią i  wszędzie była ta ciemność... Mama chyba coś ode mnie chciała. Ale to i tak bez znaczenia. Tak jak całe nasze życie: bez sensu, bez znaczenia. W końcu przecież umrzemy i wszyscy o nas zapomną - westchnęła gorzko. Te uwagi w ogóle nie były w stylu Uny, jaką znam, co mnie zmartwiło. Pożegnałem się niepewnie i zapewniłem ją, że gdyby miała jakiś problem, to może ze mną o nim porozmawiać. Nie wiedziałem wtedy, że niedługo sam wpadnę w jeszcze większe kłopoty niż Una.
 - Daniel! - usłyszałem głos Chejrona i podszedłem do głównego stołu - Usiądź proszę.
Usiadłem. Percy Jackson bębnił palcami o stół, jakby nie wiedział co zrobić z dłońmi. Uśmiechnął się do mnie przyjaźnie.
Podałem centaurowi kartkę z przepisaną przepowiednią. Nachylili się nad nią razem z Annabeth, a ja jeszcze raz opowiedziałem im o zdarzeniach dzisiejszego poranka.
 - Dziecię ciepła, dziecię zimna i dziecię złodzieja - przeczytał na głos Chejron.
Annabeth wyprostowała się i zaplotła ręce przed sobą.
 - Według mnie - zaczęła - Dziecię ciepła może oznaczać dziecko Hefajstosa albo Apollina, ponieważ Hefajstos jest też bogiem ognia i niektóre jego dzieci mają moc wzniecania płomieni.
 - Jak Leo - wszedł jej w słowo Percy.
 - Tak. Jak Leo - przytaknęła - Natomiast Apollo jest bogiem słońca.
 - To ja - usłyszałem swój głos, który zadziałał wbrew poleceniom mózgu - Ja jestem synem Apollina, chociaż tato mnie nigdy nie uznał...- uświadomiłem sobie, że brzmię głupio, więc dodałem:- I poza tym to ja otrzymałem przepowiednię.
Annabeth spojrzała na mnie, jakbym był grudką brudu na jej okularach.
 - Przykro mi, Danielu, ale skoro ojciec cię nie uznał, to równie dobrze możesz być synem obojętnie jakiego boga. Nie możemy ryzykować, postępując wbrew przepowiedni - poczułem się zraniony. Misja to przecież jedyna szansa, żebym się wykazał! Żebym się jakoś wybił spośród setki półbogów w tym Obozie!
 - Zaraz, zaraz Ann - przerwał jej Percy - Czy na książce z przepowiedniami Daniela, nie było napisane czegoś w stylu "Tylko dziecko Apollina może to czytać, bo inaczej zmieni się z kupkę gruzu"? A Daniel przeczytał i nie zmienił się w kupkę gruzu - popatrzył na mnie, jakby chciał sprawdzić, czy na pewno nie jestem garścią kamieni - To chyba wystarczający dowód.
Annabeth rzuciła mu na wpół zdziwione, na wpół lodowate spojrzenie. Pewnie rzadko kwestionował jej zdanie.
 - Poza tym - ciągnął syn Posejdona - To, że Daniel otrzymał przepowiednię, oznacza że bogowie go wspierają.  Według mnie powinien jechać - podniósł rękę. Poczułem przypływ sympatii dla Percy'ego.
 - Też tak sądzę - powiedział Chejron i powtórzył gest syna boga mórz.
Annabeth posłała swojemu mężowi spojrzenie typu "Później jeszcze o tym porozmawiamy".
 - No cóż - rzekła zdawkowo - wygląda na to, że zostałam przegłosowana. Dziecię złodzieja to na pewno dziecko Hermesa, ale kim jest dziecię zimna?
Chejron otworzył usta, by coś powiedzieć, ale do głównego stołu podbiegł Harry Willis, syn Hermesa. W jego zielono-niebieskich oczach błyszczało podekscytowanie.
 - Chejronie, boski rodzic Camille ją uznał. Byliśmy na ściance wspinaczkowej i Sean się ześlizgnął, no bo pamiętasz to straszny fajtłapa. Kiedyś potknął się i wpadł prosto na Roberta z Domku Aresa, i jak ten Robert go później sprał, to nie uwierzysz! Albo jak wpadł do jeziora kajakowego i najady musiały go wyciągać! - zachłysnął się powietrzem.
 - Zaczekaj - powiedział spokojnie centaur - Chyba troszeczkę odszedłeś od tematu. Ta Camille, która została uznana, to ta dziewczyna, która przyjechała rano z Maridem i Tony'm?
 - Tak - przytaknął gorliwie. Na jego policzkach pojawiły się rumieńce, które pasowały do rudej czupryny.
 - To opowiedz jeszcze raz. Od początku. I pomijając szczegóły dotyczące Seana - zaproponowała Annabeth, chyba nieco zażenowana opowieścią Harry'ego.
 - OK. Gdy skończyło się śniadanie, postanowiliśmy zrobić im mały test, coś w stylu pasowania na obozowicza - brew Percy'ego podjechała do góry. Skojarzyłem, że i on miał swego rodzaju pasowanie, gdy pierwszy raz przyjechał do Obozu. Podobno, jakaś córka Aresa zafundowała mu kąpiel z myciem głowy w kiblu i nie skończyło się to dla niej dobrze - Na ściance wspinaczkowej. Mieli dojść na samą górę bez żadnej uprzęży. Przyjęli wyzwanie. Potem ja, Sean, kilku moich braci i oni wspinaliśmy się na czas i Sean się poślizgnął o lawę i spadał - zrobił przerwę dla lepszego efektu.
 - I co dalej? - spytała Annabeth.
 - I wtedy Camille machnęła ręką i pod Seanem wyrosła ściana z lodu! O taka, a może nawet większa! - rozłożył szeroko ręce - Normalnie jak Elsa, ta z "Krainy lodu"!
Chejron zmarszczył brwi.
 - Wtedy nad Camille rozjarzył się znak: płatek śniegu!
 - Pójdę z nią porozmawiać - powiedział Chejron - Wy tu dalej omawiajcie plan, ale jeśli się nie mylę, to ona jest naszym dzieckiem zimna! - wygalopował z pawilonu.
Próbowaliśmy jakoś się naradzać, ale nie a bardzo nam to wyszło. Nie mieliśmy pojęcia, kim jest bogini spętana, chociaż w moim mózgu kiełkowała jakaś myśl, to nie ujrzała ona światła dziennego. Ustaliliśmy tylko, że jutro zostanie wysłana misja, w składzie: ja, Camille i jakiś chłopak z Domku Hermesa, z którym miał pogadać Chejron. Uzgodniliśmy też, że najlepiej byłoby uwolnić spętaną boginię przed rzymskim świętem Spes, które mijało w tę sobotę, co mnie przeraziło, bo dzisiaj była niedziela, czyli miałem 6 dni na wypełnienie misji, o której prawie nic nie wiedziałem!
W Domku spakowałem do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy i pogadałem sobie z Tomasem, który już kiedyś był na misji. Następnie położyłem się do łóżka, bezskutecznie próbując zasnąć. A gdy wreszcie się to udało, jak zawsze śniły mi się koszmary...


Nie ma to jak przez 3 rozdziały opisywać jeden dzień! W kolejnym rozdziale, który pojawi się pewnie w czwartek albo w piątek, powinna zacząć się właściwa akcja.
Ponawiam moją prośbę sprzed kilku rozdziałów: jeśli ktokolwiek tu zajrzy, proszę, by polecił mój blog innym. Oraz, będę wdzięczna za wszelkie komentarze i uwagi, bo one bardzo mnie motywują!
Pozdrawiam, Evanlyn013


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 12

Rozdział 8 cz.II

Rozdział 10