Rozdział 10

Daniel

Nawet idąc już bezpiecznie przez las, byłem w ciężkim szoku, po tym, co stało się na plaży. Ta masa wody, która nagle nas zalała, pojawiła się kompletnie znikąd! Pamiętam, że próbowałem zajść tego krabiego potwora od tyłu, a chwilę później próbowałem złapać oddech w wirze wody, piany i kamieni.

Najpewniej bym utonął, gdyby nie ręce, które wyciągnęły mnie na powierzchnię. Pomyślałem, że należą do Summer albo Camille, więc chwyciłem bez wahania. Gdy tylko słońce przestało mnie oślepiać, zobaczyłem córkę Chione, okrytą kocem i grupkę wysokich pięknych dziewczyn z łukami w dłoniach.
Później wyciągnęły z wody Summer, i zasadniczo do tego momentu nic nam nie powiedziały. Pomyślałem, że jako odpowiedzialny dowódca powinienem zadbać o moją drużynę, więc podszedłem do szczupłej czarnowłosej dziewczyny ze srebrną opaską na czole.
 - Hej, jak myślę, jesteście Łowczyniami Artemidy, tak? - spytałem. - Dziękujemy za ratunek.
Dziewczyna rzuciła mi poirytowane spojrzenie.
 - Tak - odparła krótko. - Jestem Thalia Grace, córka Zeusa i dowódca Łowczyń Artemidy. A ty jesteś... - nie dokończyła, dając mi miejsce na odpowiedź. Dlaczego znała imię Summer, a mojego nie?
 - To jest Daniel - wtrąciła się do naszej rozmowy Summer. Wciąż wyglądała na rozemocjonowaną falą, którą, jak się okazało, wytworzyła zupełnie sama! Na oblepioną mokrymi włosami twarz wstąpiły jej rumieńce, a zęby ciągle lekko szczękały z zimna. - Nie mogę uwierzyć, że nas znalazłaś Thalia! Jakim cudem?
Też chciałem o to zapytać - jakim cudem Łowczynie znalazły się akurat teraz? Naturalnie, byłem im bardzo wdzięczny i tak dalej, ale równie dobrze mogły przybyć jak drużyna antyterrorystyczna, gdy walczyliśmy z Sinnisem albo z Meduzą.
 - Śledziłyśmy tego wielkiego kraba od dłuższego czasu, aż jedna z naszych zauważyła, że zadomowił się w tym jeziorku i wyłazi rano, gdy tylko plaża się nagrzeje. Więc przybyłyśmy, żeby go zabić i napotkałyśmy was. Słyszałam, że wypełniacie misję, tak?
Podczas, gdy Summer streszczała Thalii rozentuzjazmowanym głosem nasze przygody i cel misji, doszliśmy do obozu Łowczyń. Było to kilkanaście srebrnych namiotów, pośrodku których było pogorzelisko po ognisku. Wzdrygnąłem się na widok wielkich srebrnych wilków, które chodziły swobodnie między namiotami od czasu, do czasu dostając jakiś smakołyk od dziewczyn w myśliwskich strojach.
 - Summer, Camille proszę za mną - powiedziała Thalia. - A ty... - zawiesiła głos, patrząc na mnie. - Roksan, daj chłopakowi namiot, pokaż mu, gdzie może go rozbić i ewentualnie mu pomóż.
 - Umiem rozbijać namiot - żachnąłem się.
 - Nie wątpię - powiedziała Thalia, mierząc mnie chłodnym spojrzeniem błękitnych jak niebo oczu. Pomyśleć, że jest ona starsza od Percy'ego Jacksona, chociaż wygląda niewiele dojrzalej ode mnie. Odkąd przystąpiła do Łowczyń w wieku szesnastu lat, jej proces starzenia zatrzymał się. Teraz uderzyło mnie z całą siłą, jak bardzo sam chciałbym żyć wiecznie. Ale, czy dla nieśmiertelności byłbym gotów wyrzec się miłości i wieczność spędzać na łowach na potwory z grupą śmiertelnie niebezpiecznych nastolatek?
Podeszła do mnie dziewczyna w moim wieku, o ciemnobrązowych lokach opadających sprężynkami na srebrną kurtkę i równie ciemnobrązowych oczach. Przez ramię, jak większość Łowczyń miała przewieszony łuk.
Gdy Thalia, Summer i Camille odeszły  w stronę obozowiska, Roksan zaczęła mnie prowadzić w przeciwnym kierunku.
 - Ej, jesteś pewna, że dobrze idziemy? - spytałem. - Bo wydaję mi się, że wasz obóz jest tam.
Wskazałem ręką w stronę, w którą odeszły moje przyjaciółki i Thalia.
 - Myślałeś, że będziesz obozował z nami? - parsknęła brunetka, chociaż jej oczy nadal były poważne.
 - Eeee...tak? - zaryzykowałem, mając nadzieję, że Roksan prowadzi mnie tylko okrężną drogą i zaraz dojdziemy do jakiejś cywilizacji.
 - To się przeliczyłeś - rzuciła lekkim tonem. - Dla samców mamy przygotowane specjalne miejsce.
Słowo "samców" wypowiedziała z wyraźną niechęcią. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że Łowczynie są grupą śmiertelnie niebezpiecznych i uzbrojonych po zęby feministek. Zdecydowanie nie chcą, by nocował z nimi w obozie jakiś mężczyzna.
Dotarliśmy do polanki, pośrodku której stały dwa namioty w barwach moro i khaki. W jednym z nich paliło się światło.
 - Dziwne, jeszcze rano był tylko jeden. Najwyraźniej jakaś uprzejma driada ci go rozstawiła. Z nieznanych mi powodów po prostu ubóstwiają synów Apollina. Jakby było czym się ekscytować - skrzywiła się.
 - A ten drugi namiot? - spytałem, puszczając mimo uszu uwagę o synach Apollina.
 - Należy do innego więźnia - powiedziała. - Niedługo może ktoś po ciebie przyjdzie. Lunch driady prawdopodobnie już zostawiły ci w namiocie. A, i jeszcze jedno. Pod żadnym pozorem nie zbliżaj się bez pozwolenia do naszego obozu i innego więźnia. Wszystko jasne?
 - Innego więźnia? - powtórzyłem bezmyślnie. Nie podobało mi się to określenie. Zwłaszcza, że zakładało, że ja też jestem więźniem. Jednego dnia jestem wyruszającym na misję bohaterem, następnego jakimś poskramiaczem potworów i upiornych drwali, a już trzeciego więźniem? Czy to nie za dużo?
 - Cieszę się, że wszystko jasne - mruknęła Roksan, odwróciła się na pięcie i dosłownie rozpłynęła się w cieniu.
 - Czekaj! Roksan? - krzyczałem, ale na próżno. Łowczyni już tutaj nie było. Zniknęła.
Wobec tego pozostało mi już tylko jedno. Iść spotkać się z "innym więźniem".



Summer

Gdy człowiek przebierze się w suche ubranie, zje cały słoik jogurtu z muesli oraz batonika czekoladowego i popije go puszką coli, to od razu może pokonać Meduzę nawet dziesięć razy. Czułam się jak bogini, gdy przysłuchiwałam się rozmowom Łowczyń, a miła łuczniczka imieniem Karen zaplatała mi włosy w warkocze. No żebyście się nie czepiali, jasne, że gdzieś w zakamarkach mojego mózgu (który tak nawiasem mówiąc musi być bardzo duży, co widać po mojej inteligencji) czaił się niepokój o Daniela i Camille. Ale widziałam jak tego pierwszego jakaś Łowczyni odprowadza do namiotu, a Camille, o ile wiem, też poszła się przebrać i uczesać.

  - Summer, halo? - zawołała Thalia, co oznaczało, że zawiesiłam się na moment. No cóż, czytałam, że geniuszom czasem się to zdarza.
 - Mogłabyś powtórzyć? - spytałam. - Bo uciekła mi większa część waszej rozmowy.
 - Jesteś podobnie irytująca jak twój tata... - przewróciła oczami.
 - Wypraszam sobie! On nie jest nawet w połowie tak irytujący, jak ja mogę być!
 - To znaczy, że nie poznałaś jego pełnych możliwości - parsknęła, ale zaraz spoważniała. - Cieszę się, że masz dobry humor, ale właśnie mówiłyśmy o twojej misji.
 - To może zaczekajmy na resztę mojej drużyny - zaproponowałam.
 - To na razie niemożliwe - Thalia podparła brodę na dłoniach. - Zastanów się, czy możesz zaufać swojej, jak to nazwałaś, "drużynie"?
 - No...tak. Chyba im ufam - odparłam, ciekawa, do czego ona zmierza. Chociaż Daniel zranił mnie, kiedy... miałam o tym nie myśleć! Mimo wszystko wydawał mi się porządnym chłopakiem. Wydawało mi się niemożliwe,  żeby był zdolny do zdrady.
 - W porządku. A tutaj nam nie wystarczy "chyba" - włączyła się do rozmowy inna Łowczyni. Miała blond włosy ścięte na chłopaka i ostre rysy twarzy.
 - W jakim sensie? - zmarszczyłam brwi.
 - Twoja misja... - zaczęła Thalia, ale ja jej przerwałam:
 - Nasza misja: moja, Daniela i Camille.  A najbardziej to Daniela, bo to on otrzymał przepowiednię.
 - Mogłabyś nie przerywać? - Córka Zeusa wyglądała na zdenerwowaną. - Gdyby liczyła się dla ciebie przepowiednia, to nie byłoby cię tutaj. Miał pojechać syn Hermesa. Więc nie wyjeżdżaj mi tu z takimi tekstami. Twoja misja ma naprawdę wielką wagę. Jesteśmy prawie pewni, że nie chodzi tylko o porwanie bogini, bo takie rzeczy już się zdarzały. Pasują do tego inne elementy i, gdy złożyliśmy je w całość, doszliśmy do wniosku, że coś, albo ktoś, ma się uwolnić. I to ktoś niebezpieczny.
"Powrót pierwszego pana nieba", przypomniałam sobie słowa z listu gończego z sypialni gościnnej u Sinnisa. Jednak nie powiedziałam tego na głos. Chciałam, by najpierw Thalia skończyła myśl.
 - Tak więc - kontynuowała. - Ta misja jest bardzo ważna. Najlepiej by było, gdyby wysłano na nią dojrzałych herosów z wieloletnim doświadczeniem, ale jeśli już pojechaliście wy,  młodociani debiutanci,  to ważne jest, żebyście byli jak najbardziej zgraną drużyną.
 - A jeśli, tak hipotetycznie, nie bylibyśmy zgraną drużyną, to co? Wywaliłabyś kogoś z nas z misji i zastąpiła, jak to ujęłaś, dojrzałym herosem z wieloletnim doświadczeniem? Nie chce mi się w to wierzyć. Ojciec zawsze mówił mi, że jesteś bardzo oddana przyjaciołom, więc akurat ty powinnaś wierzyć, że wszystkie spory w drużynie są nieważne, o ile umiemy wspólnie walczyć - wyrzuciłam z siebie ten niekontrolowany potok słów coraz bardziej zła na Thalię. Jak ona śmie nazywać nas młodocianymi debiutantami i sugerować, że nie poradzimy sobie z misją?!
 - Ja nie mam na to wpływu, ale pani Artemida tak - Oczy Thalii ciskały w moją stronę błyskawice. - Nie uważaj się za nie wiadomo jak ważną, Summer. Chociaż najwyraźniej zawyżona samoocena jest u was, Jacksonów, dziedziczna. Nie tylko ja interesuję się waszą misją. Pani Artemida osobiście zaproponowała, że przewiezie was dziś w nocy swoim księżycowym rydwanem i nakazała mi porozmawiać z tobą o lojalności twojej drużyny. Myślę, że jeśli bogini ma jakieś podejrzenia, co do oddania twoich przyjaciół sprawie, to czternastoletnia heroska, choćby jej rodzice byli parą prezydencką, nie powinna kwestionować jej zdania.
Nie zdawałam sobie sprawy, że nieopatrznie obraziłam Artemidę. Chociaż, nawet gdybym wiedziała, że to jej rozkaz, i tak nie pozwoliłabym obrażać moich przyjaciół. Poczułam się, jakby w moim sercu płynął ogień. Gdy tak na to patrzę, z perspektywy czasu, to bardzo przesadziłam z reakcją, ale no wiecie, młody wiek ma swoje prawa.
Zerwałam się z krzesła, jednocześnie niszcząc misterne warkocze zaplatane przez Karen. Stanęłam naprzeciw Thalii i pozwoliłam wypłynąć mojemu gniewowi:
 - Po pierwsze, mam głęboko w nosie, co jakaś bogini, siedząca bezpiecznie na Olimpie, sądzi o naszej drużynie. Jeśli o nią chodzi, to nie musi sobie brudzić swoich pięknych, nieśmiertelnych rączek, by wieźć nas swoim rydwanem, bo my poradzimy sobie sami. Jeśli nie podoba jej się nasza drużyna, to mogła zainterweniować, gdy ją wybieraliśmy, a nie teraz, kiedy jest już po ptakach. Daniel, Camille i ja jesteśmy bardzo zgrani, przetrwaliśmy już ataki trzech potworów w dwa dni i nie będziemy nikogo błagać, żeby nas przewiózł jakimś ultra - wypasionym wozem. Po drugie, nigdy nie obrażaj mojej rodziny. To normalne, że jeśli ktoś dużo osiągnął, to ma prawo być z tego dumny i jeśli masz z tym problem, to leć do swojej pani Artemidy po poradę. Moi rodzice są najlepszymi rodzicami na świecie, ale to nie oni decydują o mojej wartości. Będę kwestionować wasze zdanie z własnej woli, a nie moich rodziców! A po trzecie, chciałabym wszystko omówić z moją drużyną, więc żądam, żebyście mnie do nich zaprowadziły. Albo nie, sama ich znajdę, bo nie potrzebuję waszej łaski.
Wybiegłam z namiotu, niemal czując na plecach oburzone spojrzenia Łowczyń. Podczas jednego monologu obraziłam Artemidę co najmniej cztery razy, więc dziwiłam się, że jeszcze żyję. Niemal widziałam twarz mamy, która kręci głową i mówi, że moja porywczość i lekkomyślność kiedyś mnie zgubią. Może ma rację...


                                  .                          .                           .


Odkąd tylko pamiętam, zawsze lubiłam lasy. Gdy byłam mała, często przyjeżdżałam z mamą i tatą do Obozu Herosów i brałam udział w bitwie o sztandar jako honorowy gracz. Naprawdę nie wiem, kto pozwolił grać pięciolatce w grę z prawdziwymi mieczami, zbrojami i resztą tego starogreckiego uzbrojenia, ale pamiętam, że była to dobra zabawa. Mama nigdy nie pozwalała samej zapuszczać mi się do lasu, bo mówiła, że jest tam zbyt niebezpiecznie dla takiej małej dziewczynki, ale ja i tak się wymykałam. Czasem z przyjaciółmi, czasem sama. Uwielbiałam rozmawiać z driadami i satyrami oraz obserwować życie toczące się w lesie. Potworów oczywiście starałam się unikać jak tylko mogłam. Raz zaatakował mnie ogromny minotaur, ale tata znalazł mnie i uratował. Zachowaliśmy to w sekrecie przed mamą.
Ogólnie było genialnie. Ale teraz, idąc po lesie, gdzieś na wschodzie Ameryki Północnej wcale nie czułam się bezpiecznie ani błogo. Miałam wrażenie, jakby gdzieś z gęstwiny obserwowały mnie czarne jak noc oczy. Czułam się jak intruz, który wtargnął na czyjś teren i zaraz bardzo tego pożałował. Może to wynikało z tego, że przed chwilą obraziłam ważną olimpijską boginię? Artemida pewnie to słyszała i już myślała nad najlepszymi sposobami, by mnie w miarę boleśnie zlikwidować. Po prostu cudownie.
Minęłam kolejne namioty oraz kilka srebrnych wilków, łypiących na mnie groźnie. Jakby już wiedziały, że wypadłam z łask. Dlaczego zawsze muszę wszystko zepsuć? Thalia i Łowczynie lubiły mnie, a Artemida chciała nam pomóc, ale ja oczywiście okrzyczałam przyjaciółkę mojego taty i obraziłam boginię! Kopnęłam leżący przede mną kamień. Czułam, że w oczach zbierają mi się łzy. "Nie popłaczę się, nie teraz", pomyślałam i przyspieszyłam kroku. Nie miałam wprawdzie bladego pojęcia, gdzie są Camille i Daniel, ale widziałam, jak Łowczynie odprowadzają córkę Chione w tę stronę, więc liczyłam, że jakoś ją znajdę.
Po mniej więcej minucie marszu zobaczyłam namiot wyraźnie odróżniający się od reszty. Był cały szary, a nie moro, jak reszta namiotów Łowczyń i stało przed kilka srebrnych wilków. Zauważyłam, że trawa wokół namiotu była zamarznięta, a jego bok był rozerwany. Musiała się tu odbyć walka.
Gdy dobiegłam, z namiotu wyszła jakaś Łowczyni. Miała krótkie włosy, czerwone jak ogień, które zwracały uwagę z odległości kilometra, co pewnie nie jest przydatne przy podchodzeniu zwierzyny. Odwróciła się w moją stronę i zobaczyłam azjatyckie rysy twarzy i czarne jak noc oczy. Srebrna kurtka Łowczyni była podarta, wystawał spod niej czerwony podkoszulek z zamazanym napisem, którego nie mogłam odczytać. 
 - Ty jesteś Summer, tak? - spytała ostrym głosem i mówiła dalej, nie czekając na odpowiedź. - Twoja przyjaciółka Camille mnie zaatakowała, a następnie uciekła. Jest naprawdę silna, ledwo uszłam z życiem - wzdrygnęła się. - Louise nie miała tego szczęścia. 
Weszłam do namiotu i zobaczyłam martwą Łowczynię. Poczułam mdłości na widok ciętych ran na jej brzuchu. Zakręciło mi się w głowie. Najpierw Daniel, teraz Camille... Ale Daniel to był tylko sen, na pewno nie byłby zdolny do zdrady. Camille nie znałam aż tak dobrze. Przybyła do Obozu dzień przed naszym wyjazdem. Praktycznie jej nie znałam, a zdrada mimo to bolała. Upadłam na kolana i ukryłam twarz w dłoniach. Nie wierzyłam, że Camille byłaby zdolna do zabójstwa. Ale fakty faktami, Louise była martwa. Chciałam, żeby to był tylko zły sen. Chciałam obudzić się u siebie w domu, w Obozie Jupiter. To było zbyt wiele dla mnie...
Nie pamiętam, ile tak klęczałam i płakałam. Łowczynie przychodziły i odchodziły, oglądały Louise, szeptały coś, patrząc na mnie ze współczuciem albo pogardą. Miałam wrażenie, że minęły lata, zanim poczułam, że czyjeś ręce mnie obejmują. Thalia pomogła mi wstać i przytuliła.
 - Spokojnie - szepnęła z zaskakującą delikatnością. - Nie powiem: a nie mówiłam, bo nikt się tego nie spodziewał. Też zaufałam Camille od pierwszego wejrzenia. Wydaje mi się, że teraz już nie odmówisz naszej pomocy. Artemida przyjedzie dziś wieczorem.



Witam z powrotem po naprawdę długiej nieobecności. Chciałabym móc powiedzieć, że tekst mi się podoba, zarówno długością, jak i stylem, ale tak nie jest. Będę jeszcze nad tym pracować, obiecuję. Nie mam pojęcia, kiedy możecie się spodziewać kolejnej części. Postaram się coś napisać na Dzień Dziecka, może drugą część Star Wars, ale zobaczymy, jak to będzie. Na pocieszenie, już niedługo wakacje, a wtedy rozdziały na pewno będą się pojawiać częściej. (Zobaczymy, czy dam radę dorównać zeszłym wakacjom, kiedy wstawiałam rozdziały co tydzień).
No dobra, kończę już.
Mam nadzieję, że rozdział się podobał, dajcie koniecznie znać w komentarzach.
Pozdrawiam,
Evanlyn013




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 12

Rozdział 8 cz.II