Rozdział 2.

                                      Rozdział 2.

Wpatrywałem się tępo w kartkę i próbowałem skojarzyć tę przepowiednię z jakimś wydarzeniem z historii Obozu. Niestety nic nie przychodziło mi do głowy. Może ta przepowiednia jest kompletnie nowa? Nie, to niemożliwe. Zapytam jakiegoś dzieciaka z Domku Ateny, on na pewno będzie wiedział.
 - Co tam masz? - spytała Sunny, wchodząc do pokoju. Policzki miała zarumienione od wiatru, który wiał mocno, mimo lata, przez co wyglądała, jakby przebiegła sprintem całą drogę do Siódemki. A może tak było, nie wiem.
 - Nic - chciałem schować książkę pod poduszkę, ale upadła na drewnianą podłogę. Zakląłem w myślach. Dlaczego muszę być takim niezdarą? 
Sunny złapała ją, zanim zdążyłem choćby wyciągnąć rękę. Zmarszczyła czoło i otworzyła ją na pierwszej stronie. Potem wszystko wydarzyło się bardzo szybko: księga błysnęła i Sunny wypuściła ją z rąk, by zasłonić sobie oczy, upadła na ziemię i zemdlała. Jednocześnie do środka wbiegł Tomas i, widząc dziewczynę na podłodze, posłał mi piorunujące spojrzenie i spytał:
 - Co jej zrobiłeś?
 - Nic, przysięgam! To ta książka, bo ona... - zacząłem tłumaczyć, ale mój brat nie dał mi dokończyć. Klęczał przy Sunny i sprawdzał jej puls.
 - Dobra, nieważne. Prawie nie czuć jej pulsu. Leć do Chejrona i powiedz mu, że zaraz przyniosę ją do Wielkiego Domu - powiedział, a potem podszedł do szafki, w której trzymaliśmy sprzęt medyczny.
 - OK - odparłem i wybiegłem z Siódemki. Przebiegłem sprintem koło zbrojowni, ale przy kuźni dopadła mnie kolka, więc zwolniłem do truchtu. Minąłem boisko do siatkówki i (strasznie dysząc) dopadłam do drzwi Wielkiego Domu.
Zapukałem i, nie czekając na zaproszenie, wparowałem do środka.
Przy stole, pod lampartem siedział Pan D.(alias bóg Dionizos, zesłany tu za karę, bo podrywał jakąś zakazaną driadę), popijając dietetyczną colę i przeglądając jakiś album. Na mój widok zmarszczył brwi.
 - To brak kultury wchodzić do mieszkania boga bez pytania - powiedział zrzędliwym tonem - Ale już się przyzwyczaiłem, że wy, herosi, gwiżdżecie na dobre maniery.
Po czym, donośnie ziewnął.
 - Gdzie Chejron? - wysapałem.
Dionizos znowu wymamrotał coś o dobrych manierach i o tym, że młodzież robi się coraz gorsza.
 - Gdzie znajdę Chejrona, wszechmocny Panie D.? - spytałem z ironią w głosie.
Bóg albo jej nie usłyszał, albo postanowił ją zignorować.
 - No, teraz lepiej. Chejron! - zawołał. Z pokoju obok wyszedł Chejron. Jego końska sierść błyszczała wspaniale, a na twarzy widniał uśmiech, który zaraz znikł na mój widok.
 - Chejronie, oto Damian Wilson, syn Apollina - przedstawił mnie Dionizos.
 - Daniel Watson - poprawiłem go, ale bóg już wrócił do lektury swojego katalogu win.
 - Dobrze. Co się stało, Danielu? - spytał centaur.
Opowiedziałem mu szczegółowo o wydarzeniach dzisiejszego poranka. Chejron wyglądał, jakby podczas mojej przemowy, przybyło mu kilka lat.
 - Kolejna Wielka Przepowiednia - powiedział cicho - Mówisz, że nie wiesz, kto podrzucił ci księgę?
 - Nie.
 - Ale podejrzane jest to, że przepowiednia objawiła się w księdze. Przecież dotychczas to nasza obozowa wyrocznia obwieszczała przepowiednie, a Rachel nic mi nie mówiła. Teraz, w sumie jest w drodze do Nowego Jorku, bo chciała odwiedzić ojca, więc na razie nic się od niej nie dowiemy - mówił bardziej do siebie niż do mnie - Mógłbym ją zobaczyć, w sensie księgę?
 - Po tym, co się stało z Sunny?
 - Masz rację - pokręcił głową - Dziś przyjeżdżają Annabeth i Percy. Może oni będą widzieli, co robić. Podejdź do nas po kolacji. O, i przepisz przepowiednię na kartkę, jeśli możesz - przywołał na twarz wymuszony uśmiech - Leć na zajęcia. Powiedz swojemu bratu, że zaraz pójdę do waszego domku zobaczyć, co z Sunny.
 -  Dobrze - odparłem i powiedziałem "do widzenia" Panu D.
 - Mam nadzieję, że nie będziemy się widzieć - odparł, siorbiąc dietetyczną colę. Gdy wychodziłem, usłyszałem, jak mówi coś do Chejrona na temat partii pokera, ale nie zrozumiałem odpowiedzi centaura.
Wróciłem na zajęcia i reszta dnia upłynęła mi normalnie. Gdy wreszcie nadeszła pora kolacji, poszedłem razem z Tomasem do pawilonu jadalnego. Sunny nie było z nami, ponieważ leżała w Wielkim Domu i odpoczywała pod opieką Chejrona. Nie stało się jej nic, prócz tymczasowego oślepienia, które szybko ustępowało, więc wkrótce powinna do nas wrócić.
W jadalni, przy głównym stole siedział Chejron, Pan D., Percy Jackson i około dwunastoletnia dziewczynka. Chwilę później usiadła z nimi Annabeth, która wcześniej witała się ze swoim rodzeństwem z Domku Ateny.
Państwo Jackson wyglądali mniej więcej tak samo jak dwa lata temu, gdy ostatnio ich widzieliśmy. Mimo że oboje dobiegali czterdziestki, wyglądali na świetnych wojowników.
Siedząca koło nich dziewczynka wierciła się na krześle. Miała długie czarne włosy związane w koński ogon i niebieską sukienkę z krótkim rękawem.
 - Ej, wiesz kim ona jest? - spytałem Tomasa.
 - Chyba córką Percy'ego i Annabeth - stwierdził, wzruszając ramionami - Chejron rano mówił coś o tym, że z Jacksonami przyjedzie ich dziecko.
"Ach, więc to mówił Chejron,kiedy się zamyśliłem", pomyślałem. Miało to sens. Wiedziałem, że Jacksonowie mają dwoje dzieci: chłopca i dziewczynkę. Dotąd nigdy nie przyjeżdżali z nimi do Obozu. Rodzina Jacksonów mieszkała w Obozie Jupiter, obiekcie podobnym do Obozu Herosów, tylko że dla rzymskich półbogów, w Nowym Rzymie, mieście przeznaczonym dla starszych półbogów i ich potomków. Annabeth pracowała jako architekt i jeździła po całych Stanach Zjednoczonych, podczas gdy jej mąż uczył młodych Rzymian szermierki oraz innych metod walki.
 - Hej - ktoś klepnął mnie w ramię. Odwróciłem się i zobaczyłem tę dziewczynę z głównego stołu. Teraz miała na sobie jeszcze niebieską czapkę z daszkiem - Jestem Summer Jackson, a ty jesteś z Domku Apollina, co nie?
Miała zaskakująco szare oczy, przypominające burzowe chmury. Teraz, gdy potwierdziło się, że jest córką Jacksonów, wyraźnie widziałem podobieństwo.
 - Halo - pstryknęła mi palcami przed nosem, wyrywając mnie z zamyślenia. Zauważyłem, że Tomasa gdzieś wsiało. "Cudnie", pomyślałem - Zadałam pytanie, a ty zacząłeś się bezczelnie gapić - z jakiegoś powodu przypomniała mi Dionizosa i jego uwagi, co do mojego wychowania.
 - Przepraszam - bąknąłem - Tak, jestem od Apollina.
 - Coś tak pusto przy twoim stoliku - rzuciła - Jak się nazywasz?
 - Daniel. Daniel Watson.
 - Aha - wzruszyła ramionami - Miło było poznać. Idę poderwać parę ciach od Afrodyty! - krzyknęła i pobiegła do ich stolika. Pod pewnymi względami przypominała mi Sunny, chociaż jednocześnie były kompletnie różne. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem Summer flirtującą w najlepsze z Rickiem Sutterem, jednym z synów bogini miłości.
Nałożyłem na talerz jakiś makaron i podszedłem do paleniska, by złożyć tacie ofiarę.
  - Może mógłbyś mnie wreszcie uznać, co? - spytałem lekko poirytowany. W końcu, za co mam dziękować tacie, skoro on nawet wstydzi się do mnie przyznać?
Posiłek popiłem sokiem pomarańczowym, wyjąłem z kieszeni karteczkę z przepowiednią i wziąłem głęboki oddech, bo zapowiadała się ciężka rozmowa.


Wiem, że rozdział miał się pojawić w piątek, a dziś jest środa, ale tak wyszło, że nie miałam zbyt wiele czasu na pisanie. Dlatego nic nie obiecuję, co do rozdziału 3. Postaram się wstawić go w weekend.
Do zobaczenia!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 12

Rozdział 8 cz.II

Rozdział 10