Prolog

                                                  

Witajcie, dzisiaj przygotowałam prolog mojego opowiadania. Będzie on nieco inny niż reszta planowanych rozdziałów. Chciałam jeszcze tylko poinformować, że na razie, ponieważ trwają wakacje, a ja mam już trochę gotowego tekstu rozdziały planuję dodawać codziennie, ewentualnie co dwa dni, jednak naprawdę nie wiem jak to będzie, gdy zacznie się szkoła. Ale na razie życzę miłego czytania!

                                                        Prolog


Elpis, grecka personifikacja nadziei, roześmiała się perliście z żartu opowiedzianego przez Apollina. Bóg wyroczni stał przed nią, ubrany w garnitur i uśmiechał się do niej ukazując olśniewająco białe zęby. Przyciągnął ją do siebie, aż poczuła zapach jego perfum. 
 - Fajna kiecka, nadziejko - szepnął. 
 - Dzięki też świetnie wyglądasz - odpowiedziała kokieteryjnym uśmiechem. Była zadowolona, że Apollo zwrócił uwagę na jej sukienkę koktajlową, która pochodziła z nowej kolekcji Afrodyty opartej na motywach kwiatowych "Aphrodite's flowers". Sukienka była pudrowo różowa, na ramiączkach, z delikatnymi kwiatkami wyhaftowanymi na tiulu spódnicy. Elpis zamówiła ją specjalnie na to przyjęcie, czyli bal na Olimpie z okazji dwudziestolecia pokonania Matki Ziemi Gai przez bogów, które mijało pod koniec tego tygodnia. Niektórzy bogowie (np. Atena) cały czas gadali o tym, że wzięli też w tym udział jacyś herosi, ale Zeus postanowił nie zapraszać ich na imprezę z powodów, które znał tylko on sam.
Apollo ukłonił się nisko i zapytał:
 - Czy zechciałabyś ze mną zatańczyć?
 - Tak, jasne - odparła podekscytowana. Bóg muzyki wziął ją za rękę i poprowadził w kierunku parkietu.
 - Kolejna braciszku? - usłyszeli głos. Obok nich stała Artemida, bogini łowów i księżyca. - Błagam cię, to już dzisiaj trzecia, albo, czekaj, nie czwarta! Jeszcze dziesięć minut temu flirtowałeś z Eos - powiedziała zgryźliwie i wskazała różanopalcą boginię jutrzenki, która właśnie nalewała sobie poncz.
Artemida, zwykle pokazująca się jako dwunastolatka, dzisiaj dla odmiany wyglądała na około dwadzieścia lat. Rude włosy miała związane w koka, który mógł być eleganckim dodatkiem do eleganckiego stroju, gdyby Artemida ubrała się elegancko. Ale nie, ona miała na sobie zwykłe szare dżinsy i srebrną kurtkę - typowy strój Łowczyni. 
  - Daj spokój siostruś - westchnął Apollo - A poza tym, w coś ty się ubrała? Przecież nawet na zaproszeniu było napisane, że jest wymagany e-le-gan-cki strój - przesylabizował.
  - Po pierwsze nie mów do mnie "siostruś", a po drugie zdziwiłbyś się, ile można od ojca wyciągnąć, jeśli się go nie wkurza na każdym kroku jak ty! Mam ci przypomnieć Lestera Papadopoulosa?
Elpis przysłuchiwała się kłótni rodzeństwa. Każdy rozsądny człowiek (czy bóg) natychmiast by się oddalił, ale Elpis była pewna, że akurat dziś spełni się jej marzenie i Artemida powie jej coś miłego. Po około dziesięciu minutach zdenerwowana bogini wreszcie zwróciła na nią uwagę.
  - A ty, to co? Nie powinnaś teraz latać po świecie i pocieszać ludzi, czy coś, zamiast wałęsać się po imprezach?!
  - Chyba masz rację - przytaknęła Elpis - Nie martw się Apollinie, jest nadzieja, że potańczymy na kolejnej imprezie - i odeszła, pozostawiając oszołomionego Apollina i dumną z siebie Artemidę.

Wyszła na taras i odetchnęła świeżym powietrzem. Wiedziała, że za długo się zabawiła na tej imprezie. W końcu odkąd Pandora otworzyła puszkę i wypuściła zło na świat, do obowiązków Elpis należało przynoszenie nadziei biednym śmiertelnikom. W nocy podlatywała do okien wyjątkowych pechowców i swoją mocą dawała im nadzieję na lepsze jutro.
Przemieniła się w spadającą gwiazdę i rozpoczęła podróż po niebie. Leciała właśnie nad San Francisco, gdy powietrze zrobiło się jakby ciemniejsze i cięższe. Nagle odkryła, że praktycznie od kilku minut nie ruszyła się z miejsca, więc próbowała wyminąć niewidzialną przeszkodę, jednak ta zagrodziła jej drogę od wszystkich stron. Naparła na nią z całej siły, jednak bezskutecznie. Przemieniła się z powrotem w ludzką postać i próbowała wydostać się z klatki. Kopała, skakała, biła pięściami niewidzialne ściany, lecz wyglądało na to, że została uwięziona kilkadziesiąt metrów nad ziemią.
Wokół przetoczył się mrożący krew w żyłach śmiech.
   - Złapała się myszka w moją pułapkę - powiedział damski głos.


I to koniec prologu. Jutro postaram się wstawić pierwszy rozdział. Mam do was gorącą prośbę: jeśli ktokolwiek w ogóle tu zajrzy, by przeczytać moje wypociny, proszę by polecił mój blog innym. Będę bardzo wdzięczna.:) 
        

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 12

Rozdział 8 cz.II

Rozdział 10