Rozdział 6

 - Churchill - powiedziała ni z gruszki ni z pietruszki Summer Jackson, moja przyjaciółka. Szliśmy po lesie, ponieważ po aferze z Meduzą woleliśmy raczej unikać ludzi. Gdy wysiedliśmy z pociągu, poszliśmy coś zjeść do jakiejś burgerowni i tam z telewizora dowiedzieliśmy się jak zobaczyli to starcie zwykli śmiertelnicy: bezbronna staruszka weszła do przedziału, w którym siedziało troje nastolatków, po chwili my wybiegamy i rzucamy różne przedmioty pod nogi staruszki, pryskamy jakimś gazem przechodniów, którzy zostają sparaliżowani, a następnie zabijamy staruszkę.
Och, jak prosto zwalić winę na dzieci, jak prosto.
Policja prowadziła dochodzenie, próbując ustalić naszą tożsamość. Byliśmy poszukiwani za zabójstwo. Cudnie, kolejny drobiażdżek, przez który możemy zawalić misję. Może powinienem zrobić listę?
Tak więc, uciekliśmy z tamtego urokliwego miasteczka, nawet nie próbując wsiadać do kolejnego pociągu. Oczywiście Summer ciągnęło do przygody, więc nie mogliśmy po prostu kulturalnie iść sobie obok drogi czy torów, musieliśmy przedzierać się przez jakieś chaszcze. Po raz kolejny zacząłem się zastanawiać dlaczego nie wziąłem maczety.
Ale koniec retrospekcji. Zastanówmy się lepiej, dlaczego Summer wyskakuje, pośrodku lasu, z nazwiskiem jakiegoś polityka?
 - Tak, świetny gość - rzuciłem, chociaż sądziłem, że o polityce XX wieku możemy pogadać później.
 - Nie, nie, nie - szatynka pokręciła głową. - Nie o niego mi chodzi. Pamiętacie jak mówiłam wam w pociągu, że chyba wiem, gdzie powinniśmy się udać, żeby uratować Elpis?
 - Tak - potwierdziła Camille, córka Chione, moja druga przyjaciółka.
 - Do Churchill - wypaliła Summer. Spojrzałem na nią pytającym wzrokiem.
 - To takie miasto idioto - wyjaśniła. - W Kanadzie. Koło Zatoki Hudsona.
 - Aaa. Coś mi świta - powiedziałem, chociaż nic mi nie świtało.
 - Taa, jasne - Summer wystawiła mi język.
 - A dlaczego? - spytała Camille. Ta dziewczyna miała talent do zadawania trafnych pytań. Sam bym na to nie wpadł.
 - Daniel, w przepowiedni wyraz "noc" był napisany dużą literą, nie? - pokiwałem głową. - Tak myślałam. "Noc" wielką literą najpewniej oznacza Nyks, boginię nocy, a jej "czeluści" to Dwór Nocy, jej pałac w Tartarze. To się zgadza nawet z twoim snem Daniel! Ta ciemność i te cienie - to musi być to. A najbardziej bezpośrednie  przejście do Dworu Nocy znajduje się w Churchill, w Kanadzie!
Powstrzymałem się, żeby nie powiedzieć "wow", choć to naprawdę na takie "wow" zasługiwało. W takich chwilach Summer bardzo przypominała Annabeth. Sam bym tak tego nie wykombinował. Poczułem ukłucie zazdrości: Summer zabiła Meduzę, Summer wymyśliła gdzie mamy się udać, to może niech Summer poprowadzi tę misję, co?
 - Wow - powiedziała Camille.
Summer uśmiechnęła się.
 - To co, zgadzacie się?
 - Jasne - odparłem. Dobry przywódca musi doceniać talenty swoich towarzyszy. Nawet jeśli to bardzo uraża jego dumę. - A daleko to?
- Mogłabym sprawdzić, gdybym miała moją komórkę - powiedziała, lekko kąśliwie Summer. Cały czas miała nam chyba za złe, że w pociągu został jej plecak, gdy Meduza nas goniła. W sumie Camille też swój zostawiła, a się wcale nie skarżyła. Tylko mój plecak się uratował. Jedyne czego żałowałem, to tego, że w plecakach dziewczyn była większość prowiantu.
 - Słyszeliśmy już - powiedziałem i poszedłem dalej, ponieważ nasza leśna ścieżka właśnie zamieniła się w regularną piaskową drogę. Przed nami wyrósł drewniany znak z napisem "Nadleśnictwo Sinnis. Otwarte od pon do pt od 8:00 do 16:00. Wycieczki dla przedszkoli z pieczeniem kiełbasek. Uwaga na latające dziki!"
 - Latające dziki? - spytała Summer. - To podejrzane.
Camille cofnęła się, jakby bała się, że spadnie na nią dzik.
 - Witajcie dzieci! - usłyszeliśmy głos. Odwróciliśmy się wszyscy zaskoczeni i zobaczyliśmy człowieka, który wyglądał jak najzwyczajniejszy drwal. Ulżyło mi. Po doświadczeniu z Meduzą nie miałem ochoty na kolejnego "miłego do czasu" potwora.
Mężczyzna miał brązową brodę i włosy tego samego koloru, koszulę w kratę i gazetę w ręku. Nawet nie siekierę, tylko gazetę! Jednak, jakaś bardziej podejrzliwa część mojego umysłu nie chciała mu do końca zaufać. Mówiła: "SOS! SOS! Podejrzany facet na horyzoncie!".
 - Miło mi was powitać w Nadleśnictwie "Sinnis"! Jestem Sinnis! - przedstawił się. - Pokazać wam sztuczkę?
Poszliśmy niepewnie za nim. Jeśli będziemy mieć szczęście Sinnis okaże się po prostu zwykłym śmiertelnikiem i da nam jakieś jedzenie. Jednak herosi rzadko mają farta.
- Sinnis, Sinnis. Ja kojarzę to imię - mamrotała pod nosem Summer.
- Coś się stało? - zagadnąłem ją.
- Czy ten facet nie wydaję ci się podejrzany? - spytała.
Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo nasz drwal chyba już dotarł do celu. Stanął przy dużym drzewie i trzymał przy ziemi jego czubek. Skojarzyło mi się do z gigantyczną katapultą.
 - Jak pan to robi? - zapytałem z podziwem.
- Oj chłopcze, trzeba mieć do tego siłę! - westchnął i popatrzył na mnie, jakbym był jakimś chucherkiem. - Chcesz, to pokażę ci, jaki trzeba mieć chwyt i w ogóle.
Summer oczy rozszerzyły się, jakby coś sobie przypomniała i otworzyła usta.
 - Zgoda proszę pana - uprzedziłem ją. Nie mogłem pozwolić, żeby wiecznie podważała mój autorytet! W końcu to ja jestem dowódcą i przyciągnę do ziemi to głupie drzewo!
Podszedłem do niego. Pokazał mi, jak trzeba układać rękę i po chwili już ja trzymałem sosnę. Nie było to łatwe. Miałem wrażenie, że sosna wyrywa mi się z ręki.
Sinnis przywiązał mi dłoń do drzewa.
 - To dla bezpieczeństwa - wyjaśnił. Wyglądał na bardzo zadowolonego.
 - Daniel nie puszczaj sosny! - krzyknęła nagle Summer i rzuciła się na Sinnisa z mieczem. Drwal z zadziwiającą siłą wyrwał broń z jej ręki i odrzucił. Drzewo jeszcze bardziej się wyrywało.
 - To Sinnis, Zginacz Sosen! - krzyknęła córka Jacksonów. - Walczył z nim Tezeusz! Przywiązywał ludzi do drzew i katapultował ich w powietrze!
Teraz zrozumiałem. Sam stałem przywiązany do drzewa i jeśli przestanę je trzymać, zostanę wyrzucony w powietrze. Oblał mnie zimny pot.
Sinnis złapał Summer za nadgarstek i nie chciał puścić. Camille wyglądała, jakby zaraz miała zemdleć. Ja byłem przywiązany do drzewa. Sytuacja wyglądała tragicznie.
Zginacz Sosen roześmiał się szyderczo.
 - Rozgryzłaś mnie mała! Co z tobą by tu zrobić? Może przywiążę cię do dwóch drzew? Albo rzucę w ciebie dzikiem! Kiedyś katapultowałem łosie, ale dziki fajniej kwiczą... - paplał w najlepsze, a ja modliłem się do wszystkich znanych mi bogów o więcej siły.
Nagle Camille krzyknęła:
 - Skacz Daniel! - i rzuciła lodowym kolcem prosto w moje więzy. O włos odskoczyłem, zanim walnęła mnie sosna. Byłem wolny. Musiałem tylko uratować Summer i się stąd zmywać. Ale... ani Sinnnisa ani Summer nie było tam, gdzie wcześniej. Zginacz Sosen był już dwieście metrów od nas i prowadził moją przyjaciółkę do jakiegoś zagajnika.
Spojrzałem na Camille. Dziewczyna przyglądała się w szoku własnym dłoniom.
 - Biegnijmy za nim - nakazałem jej, starając się by zabrzmiało to swobodnie, jakby nie było w tym nic trudnego.
Popędziliśmy przed siebie, w stronę zagajnika. Przed wbiegnięciem do niego zatrzymałem Camille.
 - Camille, dziękuję ci. Uratowałaś mi życie.
 - Nie ma za co - sprawiała wrażenie nieprzyzwyczajonej do tego, że ktoś jej dziękuje.
 - Jest za co - pokręciłem głową. - No dobra, założę się, że Sinnis przywiązał Summer do drzewa. Tak więc, ja odwrócę jego uwagę - nie chciałem zrzucać tego na Camille. - A ty uwolnisz ją. Zgoda?
Kiwnęła głową. Wyjąłem łuk z plecaka i nałożyłem na niego strzałę. Sztylet, odzyskany po walce z Meduzą, przytroczyłem sobie do pasa.
Wbiegliśmy do zagajnika i ujrzeliśmy Summer przywiązaną do dwóch drzew. Jej czoło lśniło od potu. Wiedziałem, że długo nie wytrzyma.
 - Wiesz kogo mi przypominasz? - mówił do niej Sinnis. - Perigune - moją zdradziecką córkę. Ona też zasłużyła na próbę dwóch drzew. Uciekła z Tezeuszem, phi! Ale wy tu nie macie Tezeusza! Ty nawet nie jesteś półboginią!
Naciągnąłem cięciwę i wystrzeliłem strzałę prosto w Sinnisa. Chybiłem o włos - strzała przetrąciła kilka włosów Zginacza Sosen.
Drwal odwrócił się i mnie zauważył.
 - Zaczekaj jeszcze chwilę kochana - powiedział do mojej przyjaciółki. - Wytrzymasz jeszcze trochę, nie? Żal by było, gdybyś poleciała, kiedy będę z nim walczył. Nie mógłbym tego zobaczyć.
Pobiegł w moją stronę i wyciągnął z kieszeni wielką siekierę. W ostatniej chwili sparowałem uderzenie moim sztyletem. Przypuściłem kontratak, jednak Sinnis uchylił się.
 - Skąd ty się tu wziąłeś? - spytałem, chcąc rozproszyć jego uwagę. - Przecież Tezeusz cię zabił!
 - Wyszedłem przez Wrota  Śmierci - powiedział. Ups, tego nie przewidziałem. W czasie wojny z Gają, otwarto Wrota Śmierci w Erebie i mnóstwo zmarłych wróciło na ziemię. Myślałem, że herosi wyłapali już wszystkich, jednak widać, że jakiś nadprogramowy zmarły został. - Osiedliłem się tu. Zostałem leśnikiem i teraz mogę wyrzucać w powietrze przedszkolaki, które przyjeżdżają tu na wycieczki.
Po każdym słowie, uderzał siekierą. Parowałem wszystkie uderzenia rozpaczliwie, ale wiedziałem, że długo nie wytrzymam. Siekiera drwala miała po prostu zasięg, mój sztylet się z nią nie równał. Odbiłem jedno cięcie z góry, ale Zginacz Sosen chciał zadać pchnięcie w mój nieosłonięty brzuch. Byłem o krok od śmierci, gdy w akcji pojawił się długi miecz z niebiańskiego spiżu.  Odbił siekierę Sinnisa z taką siłą, że drwal poleciał do tyłu.
 - Daniel, strzel z łuku! - krzyknęła Summer Jackson, właścicielka miecza.  Camille stała kilka metrów dalej ze sznurem  rękach.
Zdjąłem łuk z ramienia, podczas gdy Summer znowu zaatakowała Sinnisa. Nałożyłem strzałę na cięciwę i pomodliłem się do bliźniąt łuczników Artemidy i Apollina o celny strzał. Nie chciałem trafić Summer. Wziąłem głęboki oddech i z wydechem wypuściłem strzałę.
Chwilę później usłyszałem krzyk. Wiedziałem, że Zginacz Sosen już nigdy nie zegnie żadnego drzewa.

                                                          *              *               *

Siedzieliśmy wszyscy w drewnianym domku Sinnisa i obżeraliśmy się tacosami z jego lodówki. Zamierzaliśmy spędzić tu noc, a rano wypożyczyć jakąś taksówkę i pojechać dalej. Nie było nas stać na jeden dzień przerwy, chociaż wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni.
Byłem trochę zawstydzony tym, że dziewczyny dwa razy musiały dzisiaj ratować moje życie. Jako dowódca, to ja powinienem ratować ICH życie.
Ale byłem z nich bardzo dumny. Obie wykazały się dzisiaj odwagą. Tym bardziej, że ta odwaga będzie im bardzo potrzebna później.


Okej i rozdział za nami. Znowu z trzydniowym opóźnieniem, za co przepraszam. Dzisiaj w nocy wyjeżdżam, więc przez kolejne dwa tygodnie może nie być kolejnego fragmentu.
Piszcie mi w komentarzach, jak wam się podoba ta historia.
Evanlyn013

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 12

Rozdział 8 cz.II

Rozdział 10