Rozdział 5
Gdy dojechaliśmy do Nowego Jorku, Argus zostawił nas i wrócił na Wzgórze Herosów. Od tego momentu musieliśmy sobie radzić sami. Jako nieoficjalny przywódca misji, zarządziłem naradę w kafejce koło Empire State Building. To była ulubiona kafejka mojej mamy. Często mnie do niej zabierała zanim... No, ale nie o tym teraz.
Usiedliśmy przy stoliku i zamówiliśmy jakiś sok i babeczki. Camille wyglądała na przytłoczoną tym wszystkim. W sumie nie dziwiłem jej się: ledwie przyjechała do Obozu, już została uznana przez boginię, która zdradziła Olimpijczyków w ostatniej wojnie (to długa historia), musiała znosić śmiechy i dokuczanie obozowiczów (nazywali ją żywą Elsą), a sekundę później została wysłana na śmiertelnie niebezpieczną misję. No sorry, ale chyba nikt się nie przejmuje tym co ona czuje. Zapisałem sobie w pamięci, żeby porozmawiać z nią i pokazać, że może na mnie liczyć.
Natomiast Matt, Matt nawet nie zdjął kaptura i też siedział cicho jak mysz pod miotłą. Błagam, on, jako doświadczony heros miał mi pomagać, a na razie nic nie zrobił, nawet nie pomógł przy przełamaniu pierwszych lodów. To chyba nie jest trudne! (Dla mnie jest, ale ciii...)
- Jak tam, Matt? - zagadnąłem, próbując pokazać mu, czego oczekuję.
Wzruszył ramionami. Nagle, coś we mnie pękło. Mam na siebie brać cały trud, podczas gdy on będzie sobie ramionami wzruszał?! Chciałby!
Niewiele myśląc, zerwałem kaptur z jego głowy, chcąc dać mu szansę na jakąś reakcję.
- To nie jest chłopak - odezwała się po raz pierwszy Camille.
Miała rację, zamiast Matta we wnętrzu kaptura była Summer Jackson! Miała całą czerwoną twarz, pewnie od gorąca i włosy związane do tyłu. To stąd te czarne pasemka wypadające zza kaptura.
- Summer? - spytałem, lekko zszokowany - Co ty tu...
Wiem, to nie było pytanie godne dowódcy ważnej misji.
- Damian, daj mi wyjaśnić... - zaczęła.
- Daniel - przerwałem jej.
- Słucham?
- Mam na imię Daniel - powtórzyłem. Co wszyscy mają z myleniem mojego imienia?
- OK, Daniel. Bo ja pojechałam z wami. Zamiast Matta.
Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, ale ona mnie uprzedziła:
- Rozmawiałam z nim i się zgodził. Nie mógł się oprzeć mojemu urokowi osobistemu - w to byłem w stanie uwierzyć. - Powiedziałam mamie, że boli mnie głowa i zostanę w Wielkim Domu, ale ubrałam tę bluzę i zakradłam się przed bramę. Dalej już wiecie - wzruszyła ramionami, jakby nie było w tym nic trudnego.
- Ale co z Mattem, jak się dowiedzą, że nie pojechał z nami? I poza tym przepowiednia mówiła o dziecku Hermesa! Postępowanie wbrew przepowiedni przynosi pecha!
- Oj błagam, jesteś aż tak przesądny? - Raczej rozsądny, pomyślałem. - Co do przepowiedni, to była tam mowa o dziecku złodzieja, nie Hermesa, a jestem pewna, że tata coś kiedyś ukradł. Albo to jest po prostu metafora np. tata ukradł życie wielu potworom.
- Skąd wiesz, co było w przepowiedni? - spytałem.
- Mam swoje źródła. I wspominałam o uroku osobistym? - uśmiechnęła się. - A jak się dowiedzą o Matcie, to my już będziemy daleko na północy. Ale teraz poważnie - zreflektowała się nieco - Proszę, nie mów Chejronowi i rodzicom. Nigdy mi by nie pozwolili jechać na misję. Uważają, że jestem jeszcze dzieckiem, a ja chcę im udowodnić, że jest inaczej, proszę - złożyła błagalnie dłonie.
Ujrzałem desperację w jej oczach, zresztą tą samą, którą widziałem, gdy patrzyłem w lustro. Pod pewnymi względami, chcieliśmy osiągnąć to samo. Chcieliśmy raz na zawsze udowodnić, że się do czegoś nadajemy. Przypomniałem sobie sen, kiedy Summer zaciągnęła się do legionu. Była waleczna. I miła dla swojego psa. Chociaż, z drugiej strony nie miała żadnego doświadczenia na misjach i mogłaby być dla nas ciężarem.
- Masz jakąś broń? - zapytałem, chociaż już podjąłem decyzję.
- Tak - wyciągnęła długi miecz z niebiańskiego spiżu. Pewnie umiała się nim posługiwać.
- Witaj w drużynie - Summer rozpromieniła się - Pod warunkiem - zmarszczyła czoło - że dasz Cookie'mu jakiś przysmak, gdy wrócisz do domu.
Wstałem i poszedłem zapłacić za babeczki. Jeszcze tylko usłyszałem, jak Summer pyta Camille:
- Skąd on wie o Cookie'm?
* * *
- Chyba wiem, kim jest bogini spętana - kontynuowałem.
- Kim? - spytała Summer. Camille nie za bardzo się odzywała, chyba była nieśmiała.
- Ale nadal nie wiemy, gdzie ona jest - skrytykowałem.
- Mam małą prośbę, dzieci - zaczęła starsza pani - Niedaleko kolejnej stacji jest mój dom. Czy pomogłybyście mi zanieść moją walizkę?
Wydało mi się lekko podejrzane, że potrzebowała naszej pomocy, z racji na to, że przecież sama przyniosła tu swoją walizkę i poradziła sobie z tym świetnie. Jednak byłem zbyt zaabsorbowany pysznym rogalikiem, żeby długo to roztrząsać.
- Oczywiście - odpowiedziała Summer służalczym tonem.
- Och, dobre z ciebie dziecko Summer. A ty Danielu? Nie smakuje ci rogalik?
- Ależ smakuje, jest przepyszny - odparłem z pełną buzią.
- Summer złotko - zwróciła się do mojej przyjaciółki - Masz takie piękne oczy, jak twoja matka. Inteligencję też pewnie po niej masz, albo jeszcze po babce, co?
Summer się zarumieniła.
- Skąd pani wie o mamie i babci Summer? - spytała Camille. Zauważyłem, że zostawiła połowę rogalika na podłodze. Co za marnotrawstwo!
- Po prostu wiem. Uważaj na nią Danielu, pewnie jest zdradziecka, tak jak jej matka - ostrzegła mnie.
Camille odskoczyła.
- To potwór! - krzyknęła i rzuciła lodowym kolcem prosto w starszą panią. Ona w ostatniej chwili uchyliła się i kolec trafił w zawój, a nie w twarz. Zawój opadł na ziemię. Odsłonił armię żywych węży na głowie kobiety.
- Meduza! - krzyknęła Summer wyrwana z szoku. Sam czułem się podobnie. Ale byłem głupi! Dałem się omamić jakimś rogalikom!
- Tak Summer - wysyczała Meduza, ukazując rozdwojony język. - Myślałam, że pójdziecie ze mną do domku i tam was zabiję, ale wygląda na to, że będę musiała to zrobić tutaj! - zdjęła okulary przeciwsłoneczne i natychmiast odwróciłem wzrok. Zacząłem szukać sztyletu w torbie.
Camille rzuciła jeszcze jednym lodowym kolcem.
- No dalej - ponagliła ją. - Spójrz mi w oczy.
- Nie ma rady, musimy skoczyć albo walczyć - powiedziałem.
- Jedno i drugie zakrawa na szaleństwo - odparła Summer z wymuszonym uśmiechem.
Meduza weszła do ostatniego wagonu.
- Heroski same zamknęły się w klatce - roześmiała się. - No dalej, spójrzcie na mnie, ukróćcie swoje cierpienia.
- Otwórz oczy - szepnęła mi do ucha. Nagle, usłyszałem jęk i uścisk zelżał.
- Co się stało? - spytałem, nadal nie otwierając oczu.
- Zabiłam ją - usłyszałem głos Summer. - Spokojnie już wyrzuciłam jej głowę.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem dziewczyny oddychające ciężko. Reszta ciała Meduzy rozpadła się w proch. Byliśmy w miarę bezpieczni. Ulżyło mi.
Usłyszeliśmy krzyki, dochodzące z drugiego wagonu.
- Może już pójdziemy? - zaproponowała Summer. - Nie chcę wiedzieć, co zobaczyli przez Mgłę ci śmiertelnicy.
Evanlyn013
- Mam pewną teorię - powiedziałem, gdy jechaliśmy pociągiem. Zgodnie stwierdziliśmy, że powinniśmy jechać jak najdalej na północ, ponieważ przepowiednia mówiła, że udamy się tam, gdzie szaleje śnieżna zawieja. Summer twierdziła, że powinniśmy jechać do Kanady. Powiedziała też, że powody wyjaśni nam w pociągu. Posłuchaliśmy jej i teraz siedzieliśmy w jednym z przedziałów jakiegoś nowoczesnego pociągu.
Summer wpadła na pomysł, żebyśmy omówili jeszcze raz plan (jakbyśmy jakiś mieli) i każdy przedstawił swoje teorie (co pewnie oznacza, że sama ma ich mnóstwo). (Zdążyliśmy się już przekonać, że Summer jest bystra. Bardzo bystra.)- Chyba wiem, kim jest bogini spętana - kontynuowałem.
- Kim? - spytała Summer. Camille nie za bardzo się odzywała, chyba była nieśmiała.
- Myślę, że to Elpis, bogini nadziei - powiedziałem i opowiedziałem im o zachowaniu Uny, moim śnie i podejrzeniu Ateny. Liczyłem, że Summer to jakoś gładko podsumuje i nie myliłem się:
- To ma sens - pochwaliła mnie. - Ale teraz, tym bardziej musimy ją uwolnić do jej święta w tę sobotę.- Ale nadal nie wiemy, gdzie ona jest - skrytykowałem.
- Mam pewne podejrzenia... - zaczęła córka Jacksonów, ale przerwał jej trzask otwieranych drzwi. Do przedziału weszła wysoka, dystyngowana starsza kobieta. Od stóp do głów zakrywała ją czarna suknia, a na głowie nosiła zawój. Miała okulary przeciwsłoneczne, mimo że nie było słońca.
- Mogłabym się do was przysiąść, dzieci? - spytała. Miała przyjemny głos, aż chciało się go słuchać. Nie czekając na naszą odpowiedź, usiadła na siedzeniu naprzeciwko mnie i Camille, obok Summer.
- Takie tłumy dzisiaj - westchnęła - Nie można znaleźć wolnego miejsca. Ale dobrze, że są jeszcze takie dobre dzieci jak wy. Chcecie coś przegryźć? Camille, moja droga, powinnaś więcej jeść chudzinko - wyjęła z torebki trzy rogaliki i podała je nam. W moim mózgu zapaliła się czerwona lampka. Przecież nie przedstawialiśmy się jej!
- Mmm - Summer wgryzła się w rogalika, zanim zdążyłem ją ostrzec - Bardzo dobre. Dziękujemy, proszę pani.
- To ja dziękuję za miłe słowa, Summer - odpowiedziała starsza pani. - Piekłam je dzisiaj rano.
Patrząc jak Summer i Camille jedzą swoje rogaliki nie mogłem się powstrzymać i też ugryzłem. Smakował wspaniale. Delikatnie kwaśna marmolada w środku doskonale komponowała się z lekko chrupiącym ciastem. Czegoś tak dobrego chyba jeszcze nie jadłem.- Mam małą prośbę, dzieci - zaczęła starsza pani - Niedaleko kolejnej stacji jest mój dom. Czy pomogłybyście mi zanieść moją walizkę?
Wydało mi się lekko podejrzane, że potrzebowała naszej pomocy, z racji na to, że przecież sama przyniosła tu swoją walizkę i poradziła sobie z tym świetnie. Jednak byłem zbyt zaabsorbowany pysznym rogalikiem, żeby długo to roztrząsać.
- Oczywiście - odpowiedziała Summer służalczym tonem.
- Och, dobre z ciebie dziecko Summer. A ty Danielu? Nie smakuje ci rogalik?
- Ależ smakuje, jest przepyszny - odparłem z pełną buzią.
- Summer złotko - zwróciła się do mojej przyjaciółki - Masz takie piękne oczy, jak twoja matka. Inteligencję też pewnie po niej masz, albo jeszcze po babce, co?
Summer się zarumieniła.
- Skąd pani wie o mamie i babci Summer? - spytała Camille. Zauważyłem, że zostawiła połowę rogalika na podłodze. Co za marnotrawstwo!
- Po prostu wiem. Uważaj na nią Danielu, pewnie jest zdradziecka, tak jak jej matka - ostrzegła mnie.
Camille odskoczyła.
- To potwór! - krzyknęła i rzuciła lodowym kolcem prosto w starszą panią. Ona w ostatniej chwili uchyliła się i kolec trafił w zawój, a nie w twarz. Zawój opadł na ziemię. Odsłonił armię żywych węży na głowie kobiety.
- Meduza! - krzyknęła Summer wyrwana z szoku. Sam czułem się podobnie. Ale byłem głupi! Dałem się omamić jakimś rogalikom!
- Tak Summer - wysyczała Meduza, ukazując rozdwojony język. - Myślałam, że pójdziecie ze mną do domku i tam was zabiję, ale wygląda na to, że będę musiała to zrobić tutaj! - zdjęła okulary przeciwsłoneczne i natychmiast odwróciłem wzrok. Zacząłem szukać sztyletu w torbie.
Camille rzuciła jeszcze jednym lodowym kolcem.
- Doprawdy? - potwór złapał go do ręki. - Myślicie, że nie jestem na to gotowa? Przez dziesiątki lat szykowałam się do zemsty! A dlaczego przez tyle czasu odradzałam się w Tartarze? Bo tatuś Summer mnie zabił! Ale teraz mogę się zemścić i zabić jego ukochaną córusię!
- Na korytarz! - krzyknęła Summer, ale Meduza złapała ją za rękę.- No dalej - ponagliła ją. - Spójrz mi w oczy.
Niewiele myśląc, wyjąłem sztylet i odciąłem długi drąg, który był przymocowany do ściany. Uderzyłem nim Meduzę, która puściła na moment Summer. To wystarczyło. Sekundę później pędziliśmy po korytarzu pociągu. Meduza pobiegła za nami.
Położyłem długi drąg na ziemi, żeby zatarasować jej drogę, ale to nie pomogło. Kilku śmiertelników wyjrzało na korytarz, by zobaczyć co się dzieje i zaraz zamienili się w kamień.Skrzywiłem się.
Nagle, pociąg się skończył. Za nami były tylko drzwi prowadzące na dwór.- Nie ma rady, musimy skoczyć albo walczyć - powiedziałem.
- Jedno i drugie zakrawa na szaleństwo - odparła Summer z wymuszonym uśmiechem.
Meduza weszła do ostatniego wagonu.
- Heroski same zamknęły się w klatce - roześmiała się. - No dalej, spójrzcie na mnie, ukróćcie swoje cierpienia.
- To chodź do nas - zasugerowała Summer chłodnym tonem. Kobieta podeszła bliżej i kilka rzeczy nastąpiło jednocześnie. Camille skoczyła za nią i uderzyła kolcem lodowym w jej plecy. Meduza musiała się odwrócić, by uniknąć czym dała szansę Summer na atak. Córka Jacksonów skoczyła na nią i cięła mieczem w jej głowę, ale chybiła i tylko odrąbała jej parę węży.
Meduza zawyła i ruszyła na mnie. Nie mogłem znaleźć mojego starego, dobrego składanego łuku w plecaku, więc mogłem się bronić tylko sztyletem. Cały czas musiałem się pilnować, by nie spojrzeć jej w oczy, dlatego straciłem koncentrację i kobieta zwabiła mnie w róg. W geście desperacji, rzuciłem sztyletem, jednak ona łatwo się uchyliła, a ja straciłem broń. Przysiągłem sobie, że, jeśli to przeżyję, zawsze będę trzymał łuk na wierzchu.
Meduza złapała mnie za brodę i podniosła moją twarz do góry.- Otwórz oczy - szepnęła mi do ucha. Nagle, usłyszałem jęk i uścisk zelżał.
- Co się stało? - spytałem, nadal nie otwierając oczu.
- Zabiłam ją - usłyszałem głos Summer. - Spokojnie już wyrzuciłam jej głowę.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem dziewczyny oddychające ciężko. Reszta ciała Meduzy rozpadła się w proch. Byliśmy w miarę bezpieczni. Ulżyło mi.
Usłyszeliśmy krzyki, dochodzące z drugiego wagonu.
- Może już pójdziemy? - zaproponowała Summer. - Nie chcę wiedzieć, co zobaczyli przez Mgłę ci śmiertelnicy.
Kiwnęliśmy głowami. Pociąg właśnie stanął na stacji, więc wmieszaliśmy się w tłum pasażerów i wysiedliśmy. Gorsza sprawa, że plecaki Camille i Summer, w których była większość prowiantu, zostały w pociągu, co oznacza, że będziemy musieli się gdzieś zatrzymać, by go kupić.
Mieliśmy przed sobą jeszcze całe popołudnie, więc dzisiaj musieliśmy jeszcze dalej iść, by zdążyć w te pięć dni. Ale skoro pierwszego dnia już spotkaliśmy potwora, to co będzie dalej?
Właśnie, co będzie dalej? Tego dowiemy się w kolejnym rozdziale, który postaram się opublikować we wtorek. Wiem, że ten rozdział pojawił się z dwudniowym opóźnieniem. Usprawiedliwię się tym, że pierwszy raz wprowadziłam tu jakąś akcję i chciałam, żeby był w stu procentach dopracowany.
Napiszcie mi w komentarzach, czy chcielibyście zobaczyć rozdział z perspektywy kogoś innego np. Summer, Camille albo kogoś z Obozu Herosów.
Standardowo prośba: czytajcie, komentujcie i przekazujcie dalej!Evanlyn013
Komentarze
Prześlij komentarz