Rozdział 11 i URODZINKI BLOGA!!!

Roksan po raz kolejny spoglądała z żalem na całun pogrzebowy Louise. Nie znała jej zbyt dobrze, bo dopiero niedawno dołączyła do Łowczyń, ale blondynka zawsze wydawała się optymistyczna, roześmiana, twarda i, o ironio, pełna życia. Teraz to życie uciekło, zniknęło. Łowczynie, z Thalią na czele niosły jej ciało do spalenia. Miała być poświęcona bogom jak bohaterka. Nawet najtwardsze Łowczynie trzymały w dłoniach chusteczki do nosa i płakały za Louise, nawet te, których Roksan nigdy nie posądziłaby o to, że mają uczucia. Jej nie chciało się płakać. Nigdy nie była wrażliwa, a nawet jeśli, to nie pokazywała tego na zewnątrz. Ojciec mówił, że to nie przystoi. Nie wypada, żeby córka samej Śmierci płakała z jej powodu. Ale to nie uspokajało poczucia winy. Niosła śmierć, gdziekolwiek zatrzymywała się na dłużej.
Zlała się z cieniami drzew, jak zawsze, kiedy ogarniały ją wyrzuty sumienia. Najłatwiej byłoby zniknąć, odejść od Łowczyń, gdyby nie złożyła przysięgi wierności Artemidzie. Wobec tego  postanowiła zajrzeć do ich nowego więźnia. Spełniała swój obowiązek, a jednocześnie  Daniel Watson miał w sobie światło i energię, która ją przyciągała i uspokajała jej wątpliwości. Może to wynikało z tego, że był synem Apollina - ona, córka Śmierci, a on, syn słońca, które dawało życie.
Podróż cieniem nie trwała długo - gdy była w mrocznym nastroju zawsze łatwiej jej to przychodziło, chociaż na pewno nie tak łatwo, jak dzieciom Hadesa. Opanowanie sztuki poruszania się przez cienie zajęła jej prawie całe dotychczasowe życie, jednak było warto, bo dotarła do namiotów chłopaków zaledwie w około minutę.
Rzuciło jej się w oczy, że namiot moro, należący do Daniela, nie był oświetlony, ani nawet otwarty. Jakby syn Apollina w ogóle tam nie wchodził. Rozsunęła zamek i ujrzała puste wnętrze. "Może uciekł. Okazał się takim samym tchórzem, jak inni chłopcy", pomyślała.
Wyszła  z namiotu i zobaczyła dwa cienie odbijające się na materiałowych ścianach lokum drugiego więźnia. "A tu cię mam", przeszło jej przez myśl. Najwyraźniej zignorował jej zakaz i poszedł porozmawiać z drugim więźniem. W pierwszej chwili, chciała wparować i im przerwać, jednak pomyślała, że może się czegoś przydatnego dowiedzieć, podsłuchując, jako że drugi nastolatek odmawiał na razie przesłuchań.
Bezgłośnie podkradła się do ściany drugiego namiotu, uważając, by nie było widać jej cienia. Tak łatwo mógłby ją zdradzić. Przycupnęła za paprocią, która dawała jej osłonę.
 - Aha, więc Kenny, tak? - usłyszała głos Daniela. - Przecież nie zrobiłeś nic złego. Nie wiedziałeś, że to Łowczyni.
Roksan syknęła, ale zaraz ugryzła się w język. Kenny porwał jej dość bliską koleżankę Kendrę, która była na polowaniu. Podobno wziął ją za drakainę albo harpię w przebraniu. Przetrzymywał ją i przesłuchiwał przez dwa dni, dopóki ona się nie uwolniła i nie wypuściła racy sygnalizacyjnej. (Nowy pomysł Thalii: gdy jakaś Łowczyni była w niebezpieczeństwie mogła ją wypuścić i wezwać pozostałe.) Gdy wściekłe Łowczynie przybyły na miejsce pojmały Kenny'ego, który do dzisiaj odmawiał podania szczegółów typu: co robił na terenach łowieckich i po co, a przede wszystkich jak mógł pomylić Kendrę z harpią? Cała sprawa była bardzo podejrzana.
 - No tak, pewnie. Ale to było o wiele bardziej skomplikowane. Jak już mnie uwolnisz, wszystko ci dokładnie wyjaśnię, stary - powiedział Kenny. Niemal czuła, jak zakłada nogę na nogę, żeby grać pewniejszego siebie. - Ale co ty tu robisz? To bardzo mnie ciekawi.
 - To dosyć długa historia. Też mogę ci ją opowiedzieć, jak cię uwolnię. Jestem na misji i Łowczynie uratowały moją przyjaciółkę z jeziora, gdzie walczyła z wielkim krabem...
 - Całkiem sama? - zdziwił się Kenny. - Muszę ją poznać, pewnie to ostra laska. Będziemy stanowić dobry duet. Ja - wielki macho i pogromczyni krabów.
 - Nie wątpię - mruknął syn Apollina. Roksan zdawało się, że wyczuła napięcie w jego głosie. - Pomożesz nam się stąd wyrwać, jeśli cię uwolnię?
 - Myślę, że możemy się tak umówić. Ale to nie będzie takie proste - Łowczynie zadbały, żeby uziemić mnie tu na dobre.
 - Jak? - zapytał Daniel.
 - Jestem zamknięty w niewidzialnej klatce. Zamknęła się za mną, kiedy wszedłem. To jakiś dziwny mechanizm - można tu wejść, ale wyjść już nie. Najpewniej, w twoim namiocie też jest coś takiego. Dobrze, że tam nie wszedłeś - pochwalił go Kenny.
"Dobrze tylko dla ciebie", żachnęła się Roksan. Dla syna Apollina było lepiej, gdyby pozostał w namiocie, bo wiedziała, że Thalia i tak zamierzała go wypuścić, gdy rozmówi się z Summer.
 - To jak to otworzyć? - spytał Daniel, przechodząc od razu do rzeczy.
 - Widziałem, jak tę klatkę tworzyła jakaś dziewczyna z fioletowymi włosami, najprawdopodobniej córka Hekate. Mógłbyś ją złapać i przymusić, żeby powiedziała ci, jak otworzyć to coś.
 - W jakim sensie przymusić? - Daniel jęknął, najwyraźniej niezbyt chętny do robienia innym krzywdy w imię własnych celów.
Roksan przykucnęła, w każdej chwili gotowa, by pobiec do obozowiska i ostrzec Lily, czyli fioletowowłosą córkę bogini magii i duchów. Daniel, nawet jeśli nie lubił kogoś do czegoś zmuszać, to był silnym nastolatkiem i mógł zrobić drobnej Lily krzywdę. Zresztą całkiem bezpodstawną, bo Roksan wiedziała, że Lily nie była kluczem do wolności Kenny'ego. Córka Hekate z pomocą córki Hefajstosa stworzyła specjalne pierścienie, dzięki którym Łowczynie mogły wchodzić i wychodzić z magicznych klatek. Każda Łowczyni taki posiadała, bo klatek używały często podczas polowań na potwory. Dziewczyna pogładziła zimny metal swojego własnego pierścienia i pomyślała, że chłopcy mają rozwiązanie tuż pod nosem.
Lewa noga jej zdrętwiała, więc zmieniła lekko pozycję. Niestety,w iście filmowy sposób, natrafiła stopą na suchą gałąź, która głośno trzasnęła, gdy została podeptana. Przeklęła pod nosem, chyba też odrobinę za głośno, bo Daniel spytał:
 - Słyszałeś to? Pójdę sprawdzić.
Zacisnęła zęby, ale gdy próbowała wstać, okazało się, że włosy zaplątały jej się między gałęzie jakiegoś krzaczora, który rósł koło paprotki. Większego pecha mieć nie można. Kroki Daniela zbliżały się coraz bardziej, a ona, w przypływie paniki, nawet nie mogła zlać się z cieniem, co zwykle przychodziło jej z łatwością.
 - Ile słyszałaś? - spytał Daniel, gdy już ją zobaczył. Nie wyciągał w jej stronę ostrza sztyletu, czego się spodziewała, tylko wyciągniętą dłoń. Zaczęła jeszcze rozpaczliwiej szarpać włosy.
 - Pomogę ci - zaoferował i nie czekając na jej odpowiedź zaczął wyplątywać kosmyki spomiędzy gałązek. Gdy, wspólnymi siłami, wreszcie im się to udało, ponownie podał jej rękę i pomógł wstać.
 - Co ze mną zrobisz? - spytała. Została złapana na podsłuchiwaniu, więc mogła spodziewać się najgorszego.
 - Obedrę cię ze skóry, a następnie zrobię sobie naszyjnik z twoich kości - powiedział śmiertelnie poważnym tonem, jednak w jego oczach pojawiły się żartobliwe błyski, gdy wzdrygnęła się na tę myśl. Roześmiał się. - Żartuję przecież. Nie jestem kanibalem ani mordercą. A ty nie jesteś moim więźniem, Roksan, zgadza się?
Pokiwała głową. Uspokoiła się trochę. Daniel nie przypominał innych facetów, z którymi wcześniej miała do czynienia. Wprowadził ją do namiotu Kenny'ego i wyjaśnił chłopakowi, co się stało. Kenny patrzył na nią podejrzliwie. Postanowiła przejąć pałeczkę, zanim on wpadnie na pomysł, jak ją ukarać:
 - Mogę ci pomóc się stąd wydostać, pod warunkiem, że zabierzecie mnie ze sobą - zabrzmiało, jakby była bardzo zdesperowana. Skrzywiła się.
 - A więc słucham - Kenny wbił w nią spojrzenie swoich niesamowicie błękitnych oczu i założył nogę na nogę. Wytłumaczyła mu, na czym polega magia klatki i pierścieni oraz pokazała mu swój.
 - Ale masz tylko jeden pierścień - zauważył Daniel. - Cy w takim razie klatki nie może opuścić tylko jedna osoba? Możesz dać go Kenny'emu, a potem sama zostać tam na zawsze.
 - Wydaje mi się, że nie trzeba koniecznie mieć pierścienia na palcu, wystarczy chyba tylko go dotykać. Nie mam pewności, ale warto zaryzykować - odpowiedziała. Nie miała pojęcia, czemu chce ryzykować zamknięciem w klatce dla dwóch obcych chłopaków, ale czuła, że nie ma wyboru. Najwyraźniej Mojry postanowiły spleść jej los z ich losem i ona nie miała już na to wpływu.
Wzięła głęboki oddech i weszła do klatki. Stanęła koło Kenny'ego i podała mu pierścień. Zdawała sobie sprawę, że to, co teraz robi jest zdradą Artemidy, której złożyła przysięgę i będzie musiała ponieść konsekwencje jej złamania. Ale już było za późno. Podała pierścień Kenny'emu, który nasunął go na palec i poszła za nim do ściany klatki, cały czas go dotykając. Kenny przeszedł, jednak ona uderzyła się tylko o twardą ścianę. Jęknęła i pomasowała głowę w miejscu urazu. Na pewno będzie miała siniaka.
  - Nie zadziałało - powiedziała. - Kenny oddaj mi pierścień, to spróbujemy jeszcze raz. Kenny?
Nastolatek był już przy drzwiach z jej pierścieniem na palcu.
 - Ale ty jesteś naiwna - parsknął.
 - Mieliśmy umowę. Ja cię uwalniam, ty zabierasz mnie ze sobą - zawiązała ręce na piersiach.
 - Nie kazałaś mi przysiąc na Styks. Nic ci nie obiecywałem - przypomniał, uśmiechając się promiennie. Roksan miała ochotę się uderzyć w twarz. Myślała, że zmądrzała, odkąd ostatni raz dała się wykorzystać, ale najwyraźniej dalej była tak samo głupia. Zaufała im, może z powodu ciepłego spojrzenia Daniela, albo miłemu oku uśmiechu Kenny'ego. Powinna się już dawno nauczyć nie oceniać książki po okładce. Faceci zawsze pozostaną tacy sami, tak jak mówiła Thalia.
Gdy Kenny wyszedł z triumfalnym uśmiechem na twarzy, podszedł do niej Daniel.
 - Przykro mi, że tak wyszło - powiedział.
 - Jasne - parsknęła. - Teraz zostanę tu i Thalia z Artemidą będą miały wolną rękę, żeby ukarać mnie za zdradę. Wszystko dzięki wam!
Daniel cofnął się, jakby to go zabolało.Roksan omal go nie przeprosiła, jednak zmieniła zdanie. Nie, nie da się drugi raz nabrać na to samo współczucie!
 - Przysięgam na Styks, że wrócę tu i wyciągnę cię stąd. Przysięgam na Styks, że zabiorę cię ze sobą. Obiecuję Roksan. Nie jestem tak Kenny - powiedział cicho  i odszedł, zostawiając ją w szoku. Syn Apollina właśnie nieodwracalnie związał ich losy ze sobą.

                                       .                       .                           .

Annabeth wyjęła mapę i po raz kolejny uważnie jej się przyjrzała. Nijak nie potrafiła dostrzec drogi, która przeprowadzi ich przez ten las. Może jednak należało zabrać ze sobą Grovera, tak jak proponował Percy. Satyrzy przewodnik bardzo by im się teraz przydał. Już pierwszego dnia wyprawy się zgubili, co nie rokuje dobrze na jej dalszy ciąg. 
 - Kebaba? - spytał ją Percy z pełną buzią. Naprawdę nie wiedziała skąd on bierze to nadprogramowe jedzenie. Była pewna, że zapakowała im na drogę batoniki z muesli i owoce, bo mieli się zdrowo odżywiać. Najwyraźniej jednak miłość jej męża do fast foodów przeważyła nad rozsądkiem. Nie pierwszy raz, zresztą. Przewróciła oczami.
 - Nie dzięki. Skąd ty go w ogóle wytrzasnąłeś? - spytała, chociaż nie była pewna, czy chce znać odpowiedź.
 - Tam jest dom. Jakieś nadleśnictwo - pokazał Percy. - Niestety opuszczone, ale za to z pełną lodówką. 
 - Może leśnik wyszedł na obchód po lesie, a ty go okradłeś? - spytała Annabeth. Czasem jej męża należało oświecać i pokazywać, że nie tylko on żyje na tym świecie. - Nie masz wyrzutów sumienia?
 - Niespecjalnie - wzruszył ramionami. - A zresztą tam się rozegrała jakaś walka, więc nie wydaje mi się prawdopodobne, żeby ten leśnik był normalny.
Już chciał iść dalej, kiedy Ann złapała go za ramię.
 - Pokaż mi to nadleśnictwo.
 - Chcesz kebaba? Mówiłem, że mogę ci dać swojego - mruknął, czym zarobił kuksańca w bok. - Auuu, za co to?
 - Za to, że myślisz tylko o jedzeniu! Tam mogła być Summer!
Weszli do budynków nadleśnictwa i zobaczyli pobojowisko. Drzewa, którym brakowało gałęzi na górze, a czubki pokryte lodem, co było znakiem obecności Camille i strzały Daniela porozrzucane na ziemi. Ciała leśnika nie było. Napis na rozpadającej się tablicy głosił, że znajdują się w nadleśnictwie "Sinnis". Gdy weszli do domu Sinnisa, którego Annabeth zidentyfikowała jako drwala, który walczył w Tezeuszem, znaleźli tam stare pogniecione zdjęcie leżące na kanapie. Przedstawiało dwoje dzieci i dwóch dorosłych stojących przed Empire State Building.
 - To my - szepnął Percy. - To znak, że Summer tu była i pokonali Sinnisa. To znaczy, że świetnie sobie radzą. 
Wyglądał na pełnego podziwu dla córki.
Annabeth wróciła właśnie z obchodu domu i przyniosła kartki, wyglądające jak listy gończe.
 - Nie - powiedziała do męża. - To oznacza, że mają wielkie kłopoty.

                                           

                                           ROCZEK MOJEGO BLOGA!😃😃😃😃

Dokładnie 10 lipca rok temu zamieściłam pierwszego otwierającego posta. Od tego czasu nie wydaje mi się, że na moim blogu był jakiś progres, postęp (co pokazuje chociażby to, że od roku nie zmieniłam szablonu). Mam nadzieję, że w kolejnym roku funkcjonowania bloga znajdę czas, by zamówić szablon, częściej pisać posty i odpowiednio go rozreklamować. Chciałam podziękować wszystkim, którzy czytają, czyli mojej rodzinie (w szczególności tacie), Mentrix Hadley za wszystkie komentarze, które niesamowicie mnie motywowały i panu Grzegorzowi Kałamejce  również za komentarz.

A teraz małe podsumowanie:

                                                    Liczba
Postów          -          18
Rozdziałów  -           11
Postów informacyjnych    -     4
Opowiadań specjalnych   -      1
Komentarzy   -         10  (o ile dobrze policzyłam :) )

Wiem, że mój blog jeszcze raczkuje, ale mam nadzieję, że będzie się rozwijał.

Rozdział 12 pojawi się w najbliższym czasie. Proszę, o wyrażanie swojej opinii w komentarzach. Dziękuję jeszcze raz i do zobaczenia,
Evanlyn013


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rozdział 12

Rozdział 8 cz.II

Rozdział 10